odżywianie praną

now browsing by category

 

Petersburg nocą, albo to co kryje się pod jego pięknem

Petersburg nocą, a może o tym co kryje się pod jego pięknem 25 czerwca 2016

 

12

 

14

 

Mosty Petersburga kolejna rzecz w której kiedyś uwiązałam energię – zwodzone mosty. W dzień drogi, a w nocy pod nimi przypływają wielkie statki. Niesamowity pomysł człowieka.

Przecież sam Petersburg stworzony wizją jednej osoby Piotra I, na bagnach i ok 40 wyspach. Najbardziej wysunięte na północ milionowe miasto świata (6 milionów), wpisane na listę UNESCO. Po całkowitym wręcz odnowieniu na 300 – lecie powstania, perełka na skalę światową. Uznane za jedno z najpiękniejszych miast świata.

Czy też tak uważam??

Oczywiście, piękne miasto gdzie ziemia łączy się z wodą, gdzie każdy budynek jest w harmonii z sąsiadem. Gdzie jadąc po centrum wiele kilometrów szczególnie nocą gdy fasada każdego budynku jest oświetlona można zapatrywać się w jego piękno, kanały powodują połączenie ziemi z wodą. Harmonia na każdym poziomie….????

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Wzrokiem nie można się napatrzyć, ale ta piękna forma przykryła chyba największą tragedię miasta w nowoczesnym świecie. Gdzie echa tamtych wydarzeń krzyczą spod odnowionych tynków, gdzie zmarli proszą o pomoc, chcą zemsty, wyją z bólu, głodu, pragnienia, umierają śmiercią głodową. Czas to wymysł świata materii, a na poziomie energii cała ta tragedia rozgrywa się teraz.

I rodzi się takie poplątanie, rozdział tego co widzisz od tego co czujesz. Pięknie, pięknie ale tragicznie. Moim zdaniem jedno z najtrudniejszych, jak nie najtrudniejsze energetycznie miasto w jakim byłam.

Teraz potęguje to tłum turystów, którzy jak wcześniej w Peterhofie przyszli zobaczyć w parę dni wszystkie te atrakcje, więc ganiają jak oszalali.

Gdy otwierali mosty widzieliśmy kilkaset autokarów, a na rzece kilkaset łódek. Całe nadbrzeże w okolicach mostów (kilka, a może kilkanaście kilometrów oklejone ludźmi – jak na przejazd papieża. Powiem szczerze, że troszkę żałowałam, że nie popłynęliśmy zwiedzać łodzią. Woda płynąca szybciej się oczyszcza niż ziemia, a od samego wjazdu w rejon Petersburga , czy nawet już wcześniej czuć było bardzo trudną energię.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

7

 

Filmik z otwarcia mostów

 

 

Bo to miasto jest energetycznie jak obóz koncentracyjny (na szczęście tutaj pomaga woda i odbudowa miasta w oczyszczeniu). W czasie oblężenia które trwało 2,5 roku – od września 1941 do stycznia 1944 zginęło w nim 1-1,5 mln cywilów, 0,5 mln żołnierzy i w okolicy ok 300 tys żołnierzy niemieckich. Czyli razem ok. 2 mln osób, dla porównania w obozie Oświęcimiu zginęło wg .najnowszych obliczeń ok 1,3 mln ludzi.

Większość osób Petersburga zginęła z głodu i mrozu, powszechne były przypadki kanibalizmu. Niedawno czytałam artykuł w prasie, że jakaś staruszka (która przeżyła oblężenie), wstała w nocy poszła do sąsiadki – zabiła ją i zaczęła ją zjadać.

 

Uwalniam się od przymusu śmierci głodowej

 

Uwalniam się od śmierci przez zamarznięcie

 

Mam świadomość, że można żyć bez jedzenia i mieć wpływ na temperaturę ciała i wykorzystywać to w praktyce

 

Tragedia ludzi która rozgrywa się na naszych oczach, z drugiej strony można zobaczyć piękno tworzenia miasta, miasta które było przed wojną perełką na skalę europejską. Miasta dumnego ze swojego piękna.

Można się zastanowić dlaczego się tak stało???

Dlaczego nie spotkało to innych miast???

Na pewno odpowiedzi będzie wiele i na pewno nie ma jednej właściwej. Może było zbyt nadęte ze swojego piękna, zarozumiałe, a może to była forma zwrócenia oczu świata na niego???

W czasie oblężenia ludność czuła się opuszczona przez wszystkich, Stalin ponoć bardzo nie lubił Petersburga. Czuła zapewne wrogość i do Hitlera i Stalina.

 

8

 

Miasto które miało być przyczółkiem Europy, czyli zapewne w myśleniu wielu czegoś lepszego – bo innego bardziej materialnego, teraz przez tę Europę zostało napadnięte, a swoi nie pomogli takiej perełce.

 

Uwalniam się od przekonania, że Europa jest pępkiem świata i wszystko co europejskie jest najlepsze

 

Doświadczam inności świata i z każdego jego fragmentu przyjmuję to co najlepsze dla mnie.

 

A zapewne Piotr I był zapatrzony w Europę tworząc to miasto i teraz ta Europa pokazała mu się w całej swojej krasie.

A może pojawiła się zazdrość „Europy”, że ktoś poza nią tworzy takie cacko.

A może miejsce nie chciało tam rosyjskich energii. Gdyż wcześniej należało głównie do Szwedów i dopiero za czasów Piotra I zostało zdobyte. Głównym marzeniem cara było zbudowanie od podstaw miasta, które miało świadczyć o narodzinach potęgi państwa rosyjskiego.

Choć to wszystko to tylko dywagacje dla umysłu. Bo tak jak napisałam teorii jest bardzo wiele i myślę, że kumulacja dopiero ich wszystkich spowodowała to co się stało.

 

10

 

Petersburg jest bardzo europejski co widać na ulicach, szczególnie w tej negatywnej formie. Dla mnie chyba bardziej Szwecki niż Rosyjski.

Ludzie zdecydowanie bardziej zamknięci niż w innych rejonach Rosji (również w całym rejonie), mniej uśmiechnięci , mniej życzliwi, mniej pogadani.

Inna odsłona Rosji. Takiej Rosji w której nie czujemy się dobrze.

Nierosyjska Rosja.

W czasie całego pobytu w mieście brzęczało mi w głowie:

 

Uwolnij się z przymusu jedzenia i szerz tą świadomość po świecie.

 

Jakże inaczej wyglądałoby życie obleganych, gdyby nie musieli jeść??? Dlatego mimo że jeszcze jemy i MUSIMY troszeczkę jeść (w każdym razie tak nam się wydaje), to będziemy coraz więcej mówić, pisać w tym temacie. Pokazując to nie jako przejście na życie bez jedzenia, ale możliwość która może być pomocna w wielu sytuacjach, nie tylko tak ekstremalnych jak w Petersburgu.

Tak, to problem, że gdy nie odżywiam się wyłącznie pranicznie nie mam prawa dzielić się wiedzą o niej. Ale przecież nie będę dzieliła się tym – jak przejść na pranę, ale tym, że w ogóle istnieje takie zagadnienie i jest taka możliwość.

 

Pozwalam sobie dzielić świadomością życia bez jedzenia z innymi.

 

11

 

I tak zaraz po otwarciu mostów, czyli o trzeciej nad ranem z radością wyjechaliśmy z miasta jadąc w kierunku jeziora Ładoga.

Dziękujemy miastu za gościnę, za Peterhof, cudowne spotkanie z Marysią i Andrzejem taki naszymi aniołami w tym mieście, nocne mosty i przesłania.

Złoty zachód słońca

Złoty zachód słońca 12 czerwca 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Są zachody słońca, które zapadają głęboko w serce, otulają taką magią, że stąpa się na granicy światów, będąc na ziemi.

I tak było tym razem, wiatr się uspokoił, morze prawie wygładziło, bezchmurne niebo, bryza od morza…

i słońce, którego promienie tańczą z wodą swój złoty taniec.

In bliżej spotkania wody i słońca tym ten taniec jest bardziej intensywny, wszystko złoci się dookoła, a ono swoim promieniem dosięga każdego kto tylko chce stanąć w świetle.

Mewy leniwie konsumują swoją kolacje, a złote promienie odżywiają nas mówiąc:

Nie musisz jeść niczego innego niż światło, pozwól sobie na to, uwierz w to całą sobą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ile radości sprawia mi chodzenie tak brzegiem morza i wpatrywanie się w zachodzące słońce. Im jest się dalej na północ o tej porze roku tym wolniej zachodzi.

A nawet gdy zajdzie jego jasność dalej pozostaje.

Nie musisz się bać, że jak mnie nie ma, to nie ma światła słyszę dalej, przecież widzisz, że to nie ma żadnego związku.

Im jesteś bliżej mnie w swoim sercu tym bliżej wolności od jedzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oddychaj złotym światłem prosto do serca z uśmiechem na ustach, a każda Twoja komórka zostanie odżywiona najlepszym i najbardziej wartościowych jedzeniem jakie znasz.

Delikatne fale muskały piasek, mewy krzyczały, a słońce kończyło na dziś swoją opowieść dla mnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do widzenia dziękuję za cudowny dzień do jutra.

Życzenia na Święta – zrób sobie przestrzeń na miłość

Boże Narodzenie Okliny 24 grudnia 2015

 

 

Jak zwykle w swoim rytmie, i w swoim czasie wszechświat zaprowadził nas do końskiego rancza Okliny ( www.okliny.info).

Od 2 tygodni jesteśmy w Polsce – powyżej Suwałk, w gościach u Bereniki – ale o tym kiedy indziej, popadamy tu w stan niebytu.

Po pół roku zawitaliśmy do Polski, do innej energii – bardziej znanej nam z jej złych stron, pojawiły się różnice.

Ale nie o tym chciałam….

Bartek zaczął narzekać, że mamy przeładowane auto….

Tak było przeładowane bo były stare rzeczy, których po drodze nie używaliśmy i nowe, prezenty. Inaczej mówiąc stare i nowe energie.

Jak bardzo podobała nam się Mongolska czystość energetyczna , szczególnie właścicieli jurt, którzy co jakiś czas zbierają cały swój majątek i przemieszczają się. Przestrzeń jest czysta, nie ma uwiązanych energii, bo trzeba je spakować i przewieźć – i wcale nie tirem. Niewiele rzeczy jest niepotrzebnych. Niepotrzebne rzeczy to dodatkowy bagaż, kłopot.

Dobra materialne tworzone są przez ludzi w określonym celu i potrzebują być tą energią zasilane, gdy jej nie dostają, to zaczynają jej szukać i wyrywać właścicielowi, gnuśnieją. W miejsce czegoś co było potrzebne, użyteczne – robi się grat, który nadyma nasze ego – przecież mam, lub koi nasze lęki, nie mając nic wspólnego z naszą wewnętrzną obfitością. W Feng Shui jest zasada ze powinno się wyrzucić wszystkie rzeczy, których nie używamy dłużej niż pół roku. Ja będę bardziej liberalna powiem coś takiego:

– Co pół roku przeglądnijcie wszystkie Wasze rzeczy, dotknijcie pojedynczej książki, majtek, zabawek z dzieciństwa, narzędzi, biżuterii, przejrzyjcie piwnice, strychy, domki gospodarcze…..

Poczujcie ich energię i gdy nie jest Wam potrzebna, lub nie potrzebujecie tej energii poszukajcie osób którym to oddacie. Tak bez wyrzucania na śmietnik (chyba, że zużyte) , daliście życie przez zakup, znajdźcie im nowy domek.

Tylko nie mówcie, że nie macie czasu……

My mając w sumie niewiele rzeczy w naszej landrynce bardzo często łapaliśmy się na tym, że mamy ich za dużo, bo tak naprawdę ile nam potrzeba???

Przecież to tylko dzisiejszy konsumpcyjny świat wkręca nas w potrzebę kupowania czegoś czego naprawdę nie potrzebujemy, kupujemy z chciejstwa – bo okazja, bo może się „kiedyś” przyda. Wiele razy była w domach dużych, pozornie bogatych, zawalonych rzeczami, a słyszałam tam – nie stać mnie na to co chcę tak z serca, muszę kupować tanio, ale dlaczego???

Dlaczego tak dużo???

Nie namawiam do świadomego kupowania, to przyjdzie zapewne z czasem gdy zacznie się przeglądać swoje rzeczy, namawiam do świadomej przestrzeni wokół Was, Nas.

Rzeczy są tylko materializacją energii, których nie chcemy odpuścić z naszego życia.

 

Uwalniam się od tego co mi nie służy, nie jest potrzebne

 

Napełniam się przestrzenią miłości, radości i obfitości.

 

Dziękujemy bardzo za wspólne podróżowanie z nami i po świecie i do wewnątrz siebie, nadrobimy zaległości, a jest o czy pisać. A w poniedziałek po światach ruszamy dalej….. gdzie zobaczymy.

Gdzieś w okolicach 20 stycznia może na jakiś czas zawitamy do Bielska, będzie więc czas na spotkania – szykujcie się ……już zapraszamy.

Może przetestujemy nowy warsztat, którego pomysł zrodził się tutaj w Oklinach, zobaczymy co się podzieje.

Na pewno super będzie się spotkać.

 

 

Zastawiony stół na zdjęciu będzie konsumowany w Boże Narodzenie, bo w Wigilię zapodaliśmy sobie dzień na pranie (Bartek z odrobiną wody, Brygida na sucho). Takiej sytej wigilii, z taką ilością prany jeszcze nie mieliśmy. Obfitość wszechświata, przejawiająca się w jego maleńkich, nie widocznych gołym okiem pranicznych cząstkach.

Wcześniej mieliśmy okazję popróbować słynnego ciasta mrowiska (faworki, miód, rodzynki, mak)

 

 

i postnego dania kresów czyli kisielu z owsa, o bardzo specyficznym smaku. Mi przypominał ser pleśniowy, smak kwaśno-gorzki. Robiony z kiszonego owsa (owies kisi się ze skórką chleba razowego) i podawany jest albo na słodko z cukrem, albo w wersji mniej postnej ze skwarkami.

 

 

Gospodarze wyjechali cały dom dla nas, koty, psy, konie, choinka i wszechogarniająca cisza, potęgująca magię tych chwil.

Dziękujemy za ten czas.

 

 

 

 

Na święta życzymy Wam odwagi w podążaniu drogą światła, miłości, radości, jedności z innymi.

Otwarcia nowych przestrzeni wewnątrz i na zewnątrz , takiej mongolskiej czystej, nieskończonej, boskiej przestrzeni która pozwala na to co się naprawdę chcę zjeść, mieć, robić …….

 

Jak w tym filmiku, który jest prezentem od nas na ten czas

 

 

Kochajcie się, my kochamy Was.

 

 

Tylko na wodzie w pełnię – w drodze do Ułan Bator

Tylko na wodzie w pełnię księżyca 27 październik 2015

 

 

Spotkany w sanatorium w Goraczinsku Kazach opowiadał nam, że każdą pełnię i nów „głoduje” albo na wodzie albo na sucho. Trwa to 36 godzin, czyli od wieczora przed pełnią, czy nowiem do rana następnego dnia po.

Zainspirowało nas to tak bardzo, że postanowiliśmy również w te dni lub koło nich (oczywiście bez fanatyzmu i ortodoksji) pić co najwyżej czystą wodę.

Pełnia zbiegła się z wyjazdem z Gobi i załamaniem pogody. Śmialiśmy się, że dlaczego nie może być spokojnie.

Gdy jedliśmy było plus 20, gdy nie jemy to minus 10.

Ciekawe to wszystko.

 

 

 

Jechaliśmy w kierunku Ułan Bator żegnając kolejne wielbłądy, pustynię przechodzącą w półpustynię. Przyglądaliśmy się sobie….

– Ja nie umiem sobie popić czystą wodą – stwierdził Bartek.

– Ona nie ma smaku – dodał.

O co chodzi – o smak czy o nawodnienie ciała?

No właśnie.

Następuje gorsze samopoczucie, gdy napój nie ma smaku, jakby wymuszenie tego, że coś musi mieć smak.

 

Uwalniam się od przywiązania do smaku

 

Uwalniam się od przymusu doświadczania smaków

 

Pozwalam sobie delektować się smakiem

 

Woda ma smak, o tym wiem doskonale, ojciec uczył mnie rozróżniać smak wody. Jednak w uzależnieniu od słonego czy słodkiego smaku, woda wydaje się nijaka. Jeden łyk do degustacji ok, ale więcej…….

Droga mijała nam w miarę szybko, tak szybko zaczęło się ściemniać drogę przebiegł lisek, potem stado sarenek, a może jeszcze gazelek – zatęskniliśmy w duchu (zawsze pokazywały nam, że jesteśmy na właściwej drodze)

Tak, tak jesteśmy na swojej drodze z niedostarczaniem organizmowi jedzenia materialnego, to wiemy. Czujemy się zdecydowanie lepiej, świadomość wzrasta.

Przymus, uzależnienie zawsze zabiera nam bardzo dużo energii, powoduje lęki przed brakiem.

Wiem, że kwestia przywiązania do smaku trzyma mnie w pętach uzależnienia.

Gdzieś podświadomość boi się, że już nigdy nie będzie napełniać się smakami.

Moja intencja jednak jest inna, ja nie chce wcale przestać jeść na ten moment. Moim marzeniem zresztą chyba od dziecka jest częstowanie się darami ziemi jak są, delektowania jedną malinką, a jak nie ma obywać się bez tego.

 

 

Dlaczego gdy nam coś smakuje musimy dostarczać bardzo dużo tego smaku???

Rodziły się pytania, czasem pojawiały się odpowiedzi…..

Z refleksji wyrwała nas zielona spadająca gwiazda, lecąca nad ziemią czy na ziemię.

Tak, uwolnienie się z przymusu jedzenia to nasza droga, ale co to jest ………

Przypominało najbardziej na meteoryt – spadającą gwiazdę, jednak w wersji wielkiej i zielonej z fantastycznym ogonkiem.

Znalazłam podobne zdjęcie na stronie http://www.geekweek.pl/aktualnosci/24590/wiecej-jasnych-meteorow-na-polskim-niebie z opisem meteorytu.

 

 

Magia drogi z dostrzeżeniem jej cudownych szczegółów. Magia lekkości.

 

Niesamowity dzień, późno już w nocy znaleźliśmy nocleg przy drodze niedaleko Ułan Bator – pod datzanem. Jednak nie dane nam było długo pospać, wyłączyło się webasto – ogrzewanie postojowe.

Najprawdopodobniej kupiliśmy jeszcze letnie paliwo, które zamarzło w cienkich rurkach urządzenia. W samochodzie było strasznie zimno, potęgowała to nie tylko temperatura, ale i sztormowy wiatr. Gdy potem spojrzeliśmy na termometr było -17.

A my na wodzie….. tylko od pewnego momentu ciepłej…..

Pojechaliśmy dalej do Ułan Bator kupić trochę paliwa. Po nagrzaniu się silnika i kabiny ogrzewanie odpaliło, znaleźliśmy miejsce przy drodze – na budowie i ułożyliśmy się do snu.

Niesamowite jest czasem to, że pozornie nie nadające się np. do snu miejsca, otulają do niego swoją niewidoczną pierzynką i śpiewają cudowne kołysanki. I tak też było tutaj (o miejscu w następnym poście) . Nie raz spaliśmy w Finlandii przy minus 25 – 27 stopniach, jednak zjawisko silnego wiatru przy minus 17 to naprawdę wyzwanie którego nie można lekceważyć.

Rano wyspani pojechaliśmy w kierunku centrum, a gdy zobaczyliśmy restaurację Living Hut (wegańską – pisaliśmy o nich) http://brygidaibartek.pl/weganska-restauracja-najwieksze-zaskoczenie-mongolii/ 

od razu do niej zjechaliśmy. Okazała się sympatycznym barem z niskimi cenami, świeżym jedzeniem i bardzo miłą (nie mówiąca po angielsku) obsługą.

Cudowna zupka, czeburieki, sałatka – szczególnie po okresie braku smaków umysł chciał się tym wszystkim nasycić i …………. po paru kęsach czułam się ciężka i wręcz otumaniona. Bartek czuł to samo. Jedzenie pyszne, energia też, ale ciało woli co innego, a może nie woli. Na jedzeniu energetycznym czuje się lekkio, a materialnym bardziej ciężko. Wybór zawsze należy do nas.

 

 

Uwalniam się lęku przed lekkością

 

Dziękujemy za to cudowne doświadczenie jedzenia po niejedzeniu, za ten magicznym dzień i noc na wodzie. Za to kolejny raz głębsze doświadczanie nas samych….

Nie będę jadł przyjaciół posprzątam świat

Servey – Nie będę jadł przyjaciół, posprzątam świat 20 październik

 

 

 

Po wodę pitną pojechaliśmy 60 km przez diuny, wyschnięte brody, 2 godziny jazdy. Można gdzieś poszukać bliżej studni, do gotowania nie ma problemu, jednak do bezpośredniego picia wolimy wodę butelkowaną, a może też przestrzeń zamknęła się na diunach dla nas i brakiem wody objawiła konieczność odjazdu.

Jechaliśmy już znajomą drogą wtapiając w jej rożne odsłony.

Bartka zaskakiwały czasem niemiłe kolejne przeszkody terenowe, w momencie gdy odwracał na sekundę uwagę.

 

– Dlaczego nie mogę być bezpiecznie prowadzony??? – Zaczął się zastanawiać.

 

-Ustawmy to – zaproponowałam.

 

Zaczęły wychodzić różne programy, że należy iść do celu nie oglądając się na boki, że …. należy to i to…… i nagle…

 

– Żer – krzyknęłam będąc w roli podświadomości, zaciskając zęby tak mocno, że myślałam, że je połamię, a Bartkowi chciałam coś wrzucić nawet nie do ust, a od razu do przełyku.

 

– O co chodzi z tym jedzeniem? – padło pytanie.

 

– Żer – krzyczałam jako jego podświadomość – wściekła na cały otaczający świat.

 

A Bartek bardziej się bronił i zaciskał, odrzucał mnie.

 

– Dlaczego muszę jeść?

– Dlaczego mam taki opór przed jedzeniem?

– Dlaczego w jedzeniu jest tyle agresji?

Padały kolejne pytania.

Bartka mama jest, a pewnie i była wielką fanatyczką wpychania w innych jedzenia, oszukiwania składu – co jest w potrawie, dokładania więcej – gdy ktoś nie widzi mu do talerza, a przy tym nie mającą ani daru, ani energii do gotowania.

Gdy się pojawiłam – też próbowała mnie oszukać wkładaniem mięsa do potraw, myślała zapewne, że nie mam smaku. A Bartek wręcz się ze mną kłócił, mówiąc „skoro tak powiedziała” – tak jest i zjadał, a potem przez cały wieczór bolał go żołądek.

Zresztą rozpoznawać smak to ja go uczyłam, gdyż jak sam mówił, rzadko smakowało mu coś co zrobiła jego mama, gdy był dzieckiem, a potem nauczył się to połykać wręcz, bez uczucia i zauważenia smaku.

 

Uwalniam się od przymusu napełniania jedzeniem które mi nie smakuje i nie pasuje energetycznie

 

Pozwalam sobie delektować smakiem

 

Jednak sam smak i przymus jedzenia tego co było złe i smakowo i energetycznie – nie za bardzo uspokoiło podświadomość.

 

A gdy trochę puściło jej szczęki, zaczęła płakać histerycznie (pierwszy raz Bartka podświadomość płakała).

 

– Dlaczego płaczesz? – pytał Bartek.

– Ja nie chcę zjadać przyjaciół – szlochała podświadomość.

 

– A dlaczego musisz zjadać przyjaciół? – dopytywał .

 

– Żer to – odpowiadała w agresywnym szlochu podświadomość.

 

Uwalniam się od przymusu jedzenia mięsa i nabiału.

 

Jem to co jest zgodne ze mną i buduje moje ciało.

 

 

 

Okazało się przy ustawieniu, że Bartek ma więcej emocji gdy je – niż nie je, przeciwnie jak większość, tak że wraz z jedzeniem dostarcza również masę emocji. Pamiętam z jeszcze niedawnego okresu, że im bardziej była trudna energia w jakimś miejscu, im mniej smaczne i trudniejsze energetycznie jedzenie – tym chętniej tam ciągnął.

Taki model miał z domu i ciężko było mu go puścić.

 

Bartek jako dziecko miał skazę białkową, z przedszkola mięso wynosił w ustach, jednak dalej był terroryzowany, straszony, karany i oszukiwany jedzeniem. Ten sposób jedzenia (przymusowy) nigdy nie nabudował jego ciała (chyba że tłuszczem), nawet rok czy dwa chodził na siłownię, wspinał się po skałach, jeździł na nartach, żeglował, jeździł na szosowym rowerze – zawsze był bardzo aktywny sportowo, pochłaniał takie ilości jedzenia, że nie powinien mieć problemów z nabudowaniem ciała. Jadł nieświadomie, wrzucał w siebie. Nieraz się śmiałam, że jakbym mu bezwonne gówno dała – to by nie zdążył zauważyć i go by zjadł.

 

Uwalniam się od jedzenia tego co nie buduje mojego ciała, a go osłabia

 

Pozwalam sobie jeść to co służy mojemu ciału i smakuje moim zmysłom

 

Uwalniam się od przekonania, że muszę jeść mięso, nabiał aby przeżyć na ziemi

 

Jedzenie zakrywa nasze emocje, więc część rodziców woli napchać dzieci jedzeniem (u Bartka głównie to była biała mąka, chleb, mięso – mniej ryż i makaron) , aby ich znieczulić, u Bartka jak już pisałam przybrało to postać niesamowitej podświadomej agresji.

 

Uwalniam się od przymusu jedzenia, aby być grzecznym i nie zobaczyć swoich emocji

 

Pozwalam sobie widzieć moje emocje

 

 

I gdy po ustawieniu dojechaliśmy do Servey czekał nas test.

Weszliśmy do gazaru (knajpki) na herbatę, przemiła właścicielka zaraz zaczęła nam pokazywać świeże buzy (kluski z mięsem) .

– Mah Uguj – bez mięsa? – zapytaliśmy.

 

Pomyślała chwilkę i pokazała nam ryż zawinięty w Nori .

 

– Mah uguj? – powtórzyłam raz jeszcze.

 

Przytaknęła.

 

Mieliśmy niezły ubaw gdy okazało się, że w środku jest kawałek kiełbasy.

Mah – pokazaliśmy radośnie.

 

Zresztą nie pierwszy raz podano nam kiełbasę w sałatce informując, że to bez mięsa. Spotkani Rosjanie wegetarianie opowiadali, że po zapewnieniach, że bez mięsa dostawali gotowane kiełbaski.

Aż dziwne ……..

 

Pani podbiegła wyciągnęła kiełbaskę ze środka i pokroiła profesjonalnie. Sama kanapka stała się potem inspiracją do kanapek z Nori – o tym w kolejnym poście.

 

Kobieta była niesamowita, mająca potrzebę nakarmienia nas, ale z szacunkiem do tego co jemy.

Za chwilę zatroskana przybiegła ze śmietaną i chlebem (chleb jest w Mongolii, ale w gazarach rzadko). Odmówiliśmy.

Popatrzyła na nas, pomruczała – dając ubaw parce Mongołów z sąsiedniego stolika i ….. pobiegła do kuchni.

Zaczęła trzeć warzywa i je smażyć, a za kilka chwil przed nami pojawiły się warzywa z patelni (zapłaciliśmy za nie 4500 – czyli 9 zł za dwie porcje).

 

 

 

Test wszechświata, gdy stanowczo i radośnie odmawiasz dostajesz to co może nie jest idealne (dużo tłuszczu), ale akceptowalne w tym miejscu, a co najważniejsze przyrządzone z dobrą energią.

 

Odmawiam stanowczo, gdy ktoś próbuje karmić mnie czymś czego nie czuję, niezależnie czy potem się obrazi czy nie.

 

Traktuję z szacunkiem moje ciało dostarczając mu tylko to co mu służy, słucham mojego ciała

 

A w miasteczku było teraz wielki sprzątanie, dzieci z nauczycielami zbierali śmieci, inni malowali płotek koło studni.

 

 

 

 

Miasteczko tętniło życiem zmian. Pamiętam jak byliśmy tutaj w sierpniu, żar lał się z nieba i prawie wszystko było pozamykane. Miasteczko było wymarłe. Teraz przyjechały dzieci do szkół i atmosfera wielkich porządków dodawała energii nam do przekonania, że nie musimy zjadać naszych „mniejszych braci”

Tak, tak gdy mamy masę emocji, to „MOŻE” lepiej zabić zwierze niż człowieka.

Choć czy do droga??? Zostawiam do przemyślenia rodzicom terrorystom.

 

 

 

 

Wyrzucam program, że muszę zjadać przyjaciół aby żyć

 

Kocham moich przyjaciół

 

 

W niesamowicie radosnej energii kupiliśmy butelkowaną wodę do bezpośredniego picia (3500 tugrików – to 7 zł za 5l), a ze studni do gotowania nabraliśmy 20 litrów (studnie w miasteczkach są zamykane i woda jest płatna, ile kosztuje nie wiemy, raz skasowano nas 150 (30 gr) za 20 litrów innym razem 500 (1 zł) za 30 litrów) . W Servey dostaliśmy ją gratis.

 

 

 

 

 

W domach czy w okolicznych jurtach nie ma wodociągu, więc każdy przychodzi po wodę do studni. Dobra czysta woda, to znak zdrowia.

A samo miasteczko jak ma z 1000 mieszkańców to wszystko, jak zresztą większość miejsc na pustyni, które nazywamy miasteczkami.

 

 

Dziękujemy za ten czas w tym miasteczku wtopionym ponad 200 km w Gobi.

 

 

 

A gdy pisałam ten tekst – za parę dni wyszły kolejne rzeczy związane z jedzeniem. Od kiedy Bartek pozwolił sobie jeść co chce i co mu smakuje, programy rozsypały się.

 

– Robimy sushi ? – Bo coś podgryzam – zapytał Bartek.

– Tak – odpowiedziałam.

– To weź z bagażnika piure, rzepę do sushi ……

– Tylko rzepę? – ja jej nie lubię – odpowiedział…

– To weź tofu – odpowiedziałam.

Przyszedł bez tofu i zaczął marudzić, że nie lubi rzepy i czemu musi jeść z nią sushi.

– To idź po tofu – powiedziałam może lekko nerwowo.

I to spowodowało naszą kłótnię.

Sprowokowaną tym, że Bartek nie pozwala sobie wyrażać to na co ma ochotę.

Pamiętam czasy jak uczyłam go mówić, że czegoś nie będzie jadł, że mu coś nie smakuje.

Zostałam wychowana w szacunku do tego na co mam ochotę jeść, nie chciałam nie jadłam, bardzo szybko nauczyłam się gotować, aby jeść to na co miałam ochotę.

Mój ojciec gdy stwierdzałam, że nie będę czegoś jadła bo mi nie smakuje – często mówił:

 

Święci nie jadali, piknie wyglądali

 

Mimo, że znam patologię jedzenia w jakiej Bartek był wychowany, sama musiałam ostro postawić w jego domu granice, aby nie jeść tam mięsa. To czasem ciężko mi zrozumieć, że ponad 40 letni facet nie umie powiedzieć na co ma ochotę. Zresztą sam przygotowując jedzenie.

Ja jako 5 latka bym wiedziała na co mam ochotę.

Bartek zaś nie potrafi mówić co chce, tylko wymusza awanturą. Mechanizm nam znamy, ale pojawia się coraz rzadziej.

Tak patologia tego, że ktoś nie mógł określać co chce, nawet w kwestii swojego ciała, nie miał prawa doświadczać jedzenia.

Musiał jeść to co mu dano, na siłę.

Gdy mówił, że chce coś innego mówiono, że niezdrowe i zabraniano jeść.

Rodziło to bunt, ale co gorsze brak odwagi mówienia o swoich potrzebach, pragnieniach. Mówienia, a nawet ich nie rozpoznawania.

Nie rozpoznawania tego co potrzebuje ciało,

 

Pozwalam sobie rozpoznawać to co potrzebuje moje ciało.

 

Z odwagą mówię o tym co chcę nawet przed sobą

 

Tak, wszyscy wiedzą lepiej co dla mnie dobre, a to co dla mnie dobre jest strasznie złe, z drugiej strony to przerzucenie odpowiedzialności na innych za swoje życie. Inni wiedzą lepiej, a ja mogę tylko dawać opór i bunt. Samodzielność dziecka i zaufanie do siebie idzie ma bezpośredni związek z możliwością wyboru przez niego jedzenia i komunikacji z rodzicami.

 

 

 

 

Uwalniam się od przekonania, że nie wiem co dla mnie dobre

 

Wiem co dla mnie dobre i podążam za tym

 

Biorę odpowiedzialność za swoje życie, zdrowie

 

Ja znowu pozwalam sobie zrozumieć innych, że wychowani zostali w tym zakresie totalnie w nie samodzielnych warunkach. I to co dla mnie oczywiste i proste na poziomie 5 latka, oni sobie z tym nie radzą. Zapewne też mam takie rzeczy. Nie daję się też prowokować emocjom innych.

 

Uwalniam się od przymusu reagowania na emocje innych

 

Akceptuję innych w nieradzeniu robię z najprostszymi rzeczami.

 

 

Tak gdy już emocje z lekka opadły nie wiadomo skąd pojawiła się na niebie tęcza, pokazując cały koloryt wszechświata i to, że szkoda tracić życie na kłótnie.

Emocje pokazują nam nas samych, a konkretnie to ile jest ich w jedzeniu.

 

Dziękujemy za kolejne lekcje,

 

A zaraz potem przyszedł ten filmik tak zgodny ze mną. Polecam bardzo