po bezdrożach

now browsing by category

 

Vottovara – magiczna góra ludów północy dojazd

Droga na Vottovarę 3 lipca 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są miejsca, które posyłają zaproszenie za zaproszeniem, jednak gdy jest się od nich o krok – testują człowieka i jego chęć spotkania się.

I tak było z górą Vottovarą.

Miejsce mocy w zachodnio-środkowej Karelii rosyjskiej, znane z dużego nagromadzenia sejdów (latających kamieni) jak również pęknieć kamienia tak równego jak od jakiegoś urządzenia.

Góra śmierci starego i narodzenia nowego.

Święta góra Saamów, a może i cywilizacji która zamieszkiwała te tereny przed nimi.

Koncepcji jest wiele, zapewne tyle ile osób badających tę górę – tyle teorii. Dlatego bardziej zajmę się swoimi doświadczeniami, niż dociekaniem jak to było naprawdę. Pod tekstem dam linki i tłumaczenia materiałów o górze.

My udaliśmy się bez przewodnika i dokładnych koordynatów jak jechać. Trochę poczytaliśmy o trudnej drodze, ale jeżeli mamy tam dojechać to landrynka da radę. Nabiliśmy górę na nawigację, google map i o dziwo wyznaczyła drogę z ostatniej wioski – Gimoly ruszyliśmy w drogę między lasy i bagna kilkanaście kilometrów przez las i bagna .

Syciliśmy się pięknem wełnianki błotnej (nazwaliśmy ją bawełną błotną), bagnem, które mogliśmy wyznaczoną drogą przemierzać.

30

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lecz nagle drogę zagrodziła potężna kałuża….

– Jeżdżą tutaj – stwierdziliśmy patrząc na ślady.

I bez sprawdzania głębokości brodu ruszyliśmy przez wodę. Na szczęście nie był głęboki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem pojawiło się kolejne rozlewisko, potem kolejne i kolejne, a my pewnie jechaliśmy do przodu.

Ostatnie czasy nie było tutaj deszczy więc wody w brodach bagiennych było na góra 50 cm, jednak po deszczach należy być bardzo uważnym, ponieważ w jednej z kałuż był kamień w który uderzyliśmy mocno mostem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Po przejechaniu rozlewisk pojawiło się rozwidlenie: część drogi szła prosto, część zakręcała w lewo.

Na drzewie wisiały tablice samochodów, które nie wróciły z Vottovary.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

My wybraliśmy wariant po prostej, jak się okazało po kilku kilometrach zakończony zdezelowanym mostkiem.

– Może sprawdzimy ten wariant w lewo – powiedziałam do Bartka z lekkim przerażeniem patrząc na most.

– Jak nas Vottovara nie nie chce przyjąć, to nie będziemy tego robić na siłę – powiedzieliśmy zgodnie.

I tak przed mostkiem zawróciliśmy obierając potem drugi wariant drogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie ujechaliśmy dwóch kilometrów gdy naszym oczom ukazał się terenowy bus czekający na turystów.

– Na Vottovarę to tutaj ?– zapytaliśmy.

– Tak – 3 km pod górkę pieszo– odpowiedział sympatyczny kierowca.

Anioł, który wskazał ścieżkę po której stąpać, aby wejść w magiczne objęcia góry.

25

29

Witaj Vottovara.

Spotkania z ludźmi – Paweł z Warszawy koastudio

Spotkania z ludźmi – Paweł Warszawa 25 maja 2016

W czasie naszego czteromiesięcznego pobytu w Polsce były osoby z którymi widzieliśmy czy słyszeliśmy się często niezależnie od miejsca zamieszkania, ale były też osoby mieszkające w Bielsku z którymi kiedyś się widywaliśmy, a teraz nie szła na to energia.

Na początku było nam jakoś dziwnie, że pewne osoby nie chcą się z nami spotkać, jednak jeżeli chcemy być w przepływie to przecież spotkania z ludźmi nie mogą być wymuszone.

Jedni przychodzą – drudzy odchodzą, wszechświat nie lubi pustki.

A wszystkie spotkania były szczere, niewymuszone i zazwyczaj radosne, pozytywne.

Pojawiali się nowi wspaniali znajomi podążający po podobnej drodze jak my lub bardzo otwarci na świat i innych. Dzielący się swoim światem i otwarci na świat innych.

Z Pawłem znamy się lata – robił wszystkie nasze piękne filmiki:

 

 

 

 

Tym razem również wymyślił, że zrobi filmik o naszej Landrynce. Wczesną wiosną umówiliśmy się z nim w Gaju u Bartka ojca.

Wyszedł genialnie, zobaczcie sami:

 

 

I teraz wyjeżdżając na kolejną podróż odwiedziliśmy go w Warszawie, widząc się z nim kolejny raz w czasie tego pobytu. Dziękując za filmy i ciesząc się ze spotkania.

Mimo gościnności i zaproszenia Pawła , postanowiliśmy późno w nocy wyjechać z Warszawy, aby znaleźć sobie nocleg, gdzieś…..wyszło że na stacji benzynowej. I tak naprawdę powoli rozpoczynać podróż.

Mongolia – informacje praktyczne 4×4 i nie tylko

 

 

Kilka słów na temat przyjazdu do Mongolii swoim autem.

 

ZACHECAMY GORĄCO WSZYSTKICH POSIADACZY TERENÓWEK!!!

 

Jakie są plusy tego kraju:

– wybitnie nadaje się do swobodnego podróżowania po przyrodniczych zakątkach, nieskrępowanego obozowania, korzystania z milionów kilometrów pasterskich gruntowych dróżek.

– stopień bezpieczeństwa wyższy niż w Skandynawii (pomimo że na jednym z targowisk jakiś menelek świsnął nam namiot dla haraczu ).

– egzotyka (ostatki plemion nomadów żyjących w jurtach ze stadami niespotykanych u nas wielbłądów i jaków) w zasięgu jazdy swoim autem, przy podobnej florze bakteryjnej do europejskiej

– pomocne, opiekuńcze nastawienie ludności , przy jej małym zasiedleniu potężnego terenu – prawie podobnego do zachodniej Europy (Mongołów jest 3 miliony z czego połowa żyje w stolicy, ćwiartka po innych miastach)

– dobre paliwo diesla – nawet na mini stacjach na wioskach pustynnych w cenie około 3,7 zł

– w miasteczkach serwisy samochodowe wyposażone są dobrze, a mechanicy są zaradni jak nasi z dawnych czasów kiedy brakowało części i należało coś dorobić (a nie tylko opierający naprawy na sprzedaży części).

– internet mobilny z prędkością H+– działa w miastach i słabiej w miasteczkach (Mobicom – 5GB – 40 zł – na miesiąc)

– sklepy z żywnością we wszystkich wioseczkach, woda pitna 5l – średnio 4 zł, czysta pitna po przegotowaniu ze studni miejskiej lub wiejskiej ok. 1 zł za 20 litrów ( w przyrodzie piliśmy tylko wodę z jeziora Chupsgul , inne miejsca są mocno zanieczyszczone odchodami zwierząt ).

Jakie minusy:

– dla wegetarian – brak pokarmów podawanych w jadłodajniach (poza 20 wegańskimi w Ułan -Bator i innych miasteczkach na terenie całego kraju – narodowym pokarmem jest mięso i ser – nawet we wiosce można kupić świeży mięsny posiłek całkiem sporych rozmiarów za ok. 10 – 12 zł).

– wysokie ceny warzyw i owoców ( jabłka 10 do 20 zł za kg).

– w lipcu jeszcze były komary i na stepie i na pustyni i w lasach i nad wodą!!!

 

Brak asfaltu nie uznajemy za minus, po to tu przyjechaliśmy – aby jeździć w terenie.

 

Kilka słów o przygotowaniu auta

Poza oczywistą ogólną sprawnością , szczególnie zawieszenia, należy zastanowić się nad doborem opon. POMIMO ŻE BYŁEM DO TERAZ ZWOLENNIKIEM OPON TYPU AT, I MIMO ŻE NA TAKICH WŁAŚNIE OPONACH PRZEJECHALIŚMY OK. 10 TYSIĘCY KM PO TERENIE SAMEJ MONGOLII – POLECAM JEDNAK NA WYPRAWĘ TYTAJ MOŻLIWIE NAJLŻEJSZE OPONY TYPU MT . Zdaję sobie sprawę że należy dojechać asfaltem kilka tysięcy kilometrów przez Rosję, jednak w Mongolii rumosz skalny po którym się jeździ jest ostry, znacznie ostrzejszy niż w Maroku, po opadach deszczu ziemia zamienia się w niezwykłą maź (dość szybko schnącą …ale), a trawersów w górach nie brakuje, do tego wszechobecna tarka. Opony MT dadzą większy komfort trakcji i psychiczny szczególnie dla samotnych podróżników – choć da się też jeździć w AT-ekach (złapaliśmy dwie gumy – pierwsza to klasyczne przebicie – naprawa na licznych punktach wulkanizacji ok.10 zł, druga to przecięcie na kamieniu – nowa opona praktycznie do niczego – podratowana dużą łatą i dętką jechała dalej na zapasie.

Jeżeli połączy się wyjazd z wizytą na zachodniej Syberii , dobrze mieć twarde opony ze względu na wykroty w asfalcie o ostrych krawędziach w które czasem wpadałem na bocznych drogach, a na tych jeszcze odleglejszych po deszczu robią się błotne rynny (Zachodnia Syberia to bogaty biotop rzek , jezior i bagien).

Dobrym pomysłem może być przejazd przez Rosję na AT-ekach i zmiana ich na MT- ki wraz z pozostawieniem ich w przechowalni opon – pod tym względem serwisy w miastach rosyjskich wyglądają tak samo jak w Europie.

Szczególnie należy sprawdzić gumy na wahaczach, i wymienić na nowe ze względu na mocną tarkę (nasze przednie 5 letnie nie wytrzymały – tylne dwuletnie dały radę).

Polecamy snorkel z filtrem cyklonowym – takiego pyłu nie znaliśmy wcześniej – w Maroku jest i tylko tyle. Uszczelki w drzwiach też lepiej sprawdzić ze względu na szczelność pyłowo-wodną. W czasie przejazdu przez rzekę woda nalewała się nam do kabiny.

Do przejazdu przez Mongolię nawet po drogach asfaltowych obowiązkowa jest nawigacja, zdarza się bowiem „przerwa w asfalcie” np. w drodze z Ułan–bator na pustynię Gobi i wtedy otaczają nas miliony wyjeżdżonych śladów – należy wybrać właściwe. Polecamy PYŁOSZCZELNE nawigacje i dobrze jak są jeszcze wstrząsoodporne wraz ze ściągniętą mapą na stałe na twardy dysk urządzenia (w mniejszych miejscowościach jest wolny internet, a w przyrodzie go brak ). My mieliśmy dwa urządzenia: smartfon evolveo – pancerna wersja, pyło-wodno-wstrząsoodporna – dobrze się sprawował, ale miał tylko mapę tom-toma i nie wszędzie był w stanie nawigować. Drugi to tablet sony z3 – pyło-wodoszczelny, niestety na wybojach resetował się. Lepszy ze względu na duży ekran i mapę Soviet Military Maps Pro – wektorową, obejmującą przeszkody terenowe , poziomice , góry – nieco przedawnioną ze względu na zmianę przebiegu niektórych dróżek gruntowych – ale niezastąpioną. Mapa papierowa też jest dobra – lepiej ją kupić w Polsce, bo w Mongolii szukaliśmy jej przez pierwsze 3 tys. kilometrów podróży i dopiero dostaliśmy ją w prezencie w stolicy.

Kanistry na wodę pitną i techniczną są ważne – w przyrodzie czystej jest mało – szczególnie na Gobi. Podobnie kanistry na paliwo są cenne przy wjeździe do Mongolii , ponieważ w Rosji cena paliwa to ok. 2,2 zł a w Mongolii – ok. 3,7 zł – natomiast jest ono dostępne w dobrej jakości prawie w każdym ludzkim siedlisku i zabieranie w teren potężnych zapasów jest zbędne.

Drewno na ognisko występuje tylko na północy kraju oraz okazyjnie przy rzekach na stepie i oazach pustyni Gobi – entuzjaści wieczornych biwaków muszą wozić go ze sobą (uwaga! W Mongolii występuje – również na pustyni Gobi – kontynentalna zima do minus 40 stopni Celsjusza – z niewielką ilością 10 – 20 cm śniegu (w górach jest więcej) i silnymi wiatrami od czasu do czasu!!!, nawigowanie po zawianych gruntowych dróżkach może być trudne, wręcz niebezpieczne, brody zamarzają i jak to mieliśmy okazję sprawdzić można się spotkać z załamującym się lodem pod kołami i tonącym tyłem auta – to co latem jest proste jesienią i zimą niekoniecznie!)

 

Tak poza tym warto zrobić sobie zakupy ubrań zimowych. Znają się tu na ciepłej odzieży, począwszy od bielizny z wielbłąda, kaszmira i jaka – do zewnętrznych – niby prostych np. pancernych spodni bawełnianych podszytych polarem (chodzę w nich przy minus 20 stopniach bez leginsów). Słaba jest w tym kraju tradycja jedzenia chleba , dlatego jest raczej dostępny okazyjnie, zamiast niego wszędzie można kupić nori do suszi w dobrej cenie, za pomocą którego robią kanapki. Koreańskie produkty żywnościowe są tanie i dobrej jakości np.: tofu jest z fermentowanej soji , a nie jak w Polsce z …mielonej…ledwo strawialnej…, podobnie restauracje korańskie – liczne w Ułan-Bator – dla nas egzotyczne w smaku, w przyzwoitej cenie.

 

W “koleinach” życia przesłanie Małej Gobi

W 'koleinach” życia przesłanie Małej Gobi 23-24 październik 2015

 

 

 

 

Rano zauroczeni przestrzenią podążyliśmy dalej w Gobi, w kierunku miasteczka Nomgon.

Przestrzeń była tak potężna że czasami ciężko ją było objąć, pojawiało się uczucie zatopienia w przestrzeni, które uruchomiało czasami pokłady lęku, lęku przed zatopieniem się w tej przestrzeni, przed straceniem swojej tożsamości.

Jechaliśmy przez kolejne doliny, przyglądając się wielbłądom, pijąc kawę w ich sąsiedztwie. Takie safari po Gobi, gdzie ludzie i zwierzęta są ze sobą połączeni.

Mijaliśmy kolejne doliny które przybierały teraz różne kolory – kolory jesieni.

 

 

 

 

Bartek od paru dni próbował zrobić dłuższy piknik, rozbić namiot, wyciągnąć piecyk, jednak kompletnie nie szła na to energia.

W tym pięknym miejscu pojawiły mu się emocje, niezrealizowane pragnienie przejęło nad nim kontrolę, nawet przebiegające stadko gazel nie wyrwało go z iluzji własnych emocji.

Jechaliśmy przez piękne czarne góry, gdzie czerń po raz kolejny wydobywała nasze ukryte cienie. Czerń ziemi i zachód słońca – wszystko tańczyło wszystkimi odcieniami czerni i pomaranczu, nie mogłam się napatrzyć na tę przestrzeń – stapiając się z nią ( a Bartek odrzucił okoliczne piękno zamykając się w swoim niezrealizowanym pragnieniu).

 

 

 

 

 

Gdy na pięknym znów płaskowyżu znaleźliśmy miejsce do snu zaproponowałam ustawienie tych jego emocji, przywiązań.

Na powierzchni było wiele rzeczy, jednak wewnątrz chodziło o to, że dostawał od bliskich tylko akceptację wtedy gdy szedł utartą przez innych drogą, drogą w której nie ma miejsca na samodzielność. Szedł koleiną, którą szli wszyscy popychając siebie nawzajem. Tzn. Ci z tyłu popychali tych z przodu, kierunek. Było ciasno i trudno było się pogubić, obrać zły kierunek. W koleinie wszystko jest znane, wiadome, ale jak z niej wyjść?

 

Uwalniam się od przymusu podążania koleiną życia

 

Właśnie jak z niej wyjść ???

Na dwa sposoby – jeden objawił się po prawej północnej stronie, a drugi bliżej słońca po południowej.

Wypadnięcie na północną stronę jest nieświadome, tutaj wychodzą, albo wyrzucani są przez społeczeństwo Ci, którzy nie mają siły iść tą drogą, są za słabi, klęczą, majaczą, wiją się w męczarniach, jednak użytkownicy koleiny pilnują w niej swojego miejsca, bo jak wyjdą…….. to mogą już być w innym miejscu w innej konfiguracji, zresztą skupieni na pchaniu się nie widzą lub nie chcą widzieć tych z boku. Robią wszystko aby się nimi nie stać. Nie stać się marginesem społeczeństwa.

Po południowej stronie są Ci świadomi, którzy świadomie wyszli z koleiny. Idą w kierunku światła, słońca.

Użytkownicy kolein bacznie ich obserwują czekając na najmniejsze potknięcie i cieszą się z niego. Cieszą się bo podświadomie czują że też powinni „Coś” ze sobą zrobić , a potknięcie innych uwalnia ich od widzenia sensu pójścia NOWĄ DROGĄ.

 

Uwalniam się od przymusu szukania wsparcia u ludzi, którzy nie mogą mi go dać

 

Idę swoją drogą bez względu na konsekwencję i opinię innych.

 

Czy w koleinach nie ma potknięć? Są, ale tam są to tzw. „nieszczęśliwe wypadki”.

 

Potknięcie człowieka światła jest natomiast lekkomyślnością.

 

A dlaczego tak się dzieje???

Bo ludzie światła pokazują, że można „coś” inaczej, a Ci z kolein tak samo tego chcą, jednak lęk przysłania normalne patrzenie i powoduje, że są w stanie zrobić tylko tyle aby innym się nie udało, i dać w to bardzo dużo swojej negatywnej energii, złych myśli.

 

Uwalniam się od chciwości na złe myśli innych ludzi co do mojej drogi

 

Idę swoją drogą, a myśli innych są tylko ich myślami i mają do nich prawo.

 

Pojawia się samotność, odrzucenie

 

Uwalniam się od samotności, odrzucenia gdy idę swoją drogą

 

Uwalniam się od przymusu szukania wsparcia u ludzi, którzy mi źle życzą i odrzucają mnie i moje działania

 

Otrzymuję wsparcie od wszechświata i ludzi, którzy mnie rozumieją.

 

Żyję własnym życiem świadomie i działam świadomie.

 

Każdy ma wybór jak żyć i co robić.

 

 

 

 

 

Ustawienie było niesamowite bo na kamyczkach pojawiła się koleina, a w umysłach obrazy pojawiających się ludzi były tak plastyczne jakbyśmy oglądali film w kinie.

Tak czasem koleiny są cenne i wartościowe, tylko wtedy gdy wybiera się je świadomie i wtedy mogą nam pomóc w niektórych momentach.

Wszystko działo się w niesamowitej przestrzeni tutaj pięknie opisanej przez Bartka:

Księżycowe spotkanie.

 

 

Tym razem leniwie, noga za nogą podążyliśmy przez wielką, rozłożystą dolinę która zaprosiła nas wcześniej na nocleg. Oby oddać jej ogrom należy dodać jej rozmiary o szerokości ok 35 km i długości conajmniej 100. Istna egzotyka, drogę zagradzają stada dwugarbnych wielbłądów, o pięknych, gęstych zimowych futrach. Ciepłych, bo na nasze stopy także zagościły skarpetki z ich wełny. Dziękujemy przy okazji właścicielom i uspokojeni po troszku widokiem ich szczęśliwego życia prawie na wolności jedziemy dalej. Pustania przeobraża się w wyschnięty step, a potem w pozostałości po rozlewiskach i korytach okresowych rzek. I to one przede wszystkim dają bogactwo roślin w jesiennej teraz szacie. Słońce wyjątkowo dziś silne oświetla miękko pejzaże w odcieniach żółci, brązów, z dodatkami stalowoniebieskimi i bordo. Kolejny prezent Gobi – tak by odcisnąć niezatarte wrażenie, zachować pamięć i przekazać dalej zaproszenie, przy pomocy naszego bloga. Gobi jest w swym majestacie potężna, w szacie roślinnej ciekawa, nadrabia mniejszą różnorodność roślin skałami w odcieniach setek minerałów. Nas zapraszają różne kamyczki, jedne wdzięczą się tylko do zdjęcia, inne chcąc doświadczyć podróży same wskakując w kieszeń. Są też takie co wysiadają, i tak było z naszym kamieniem z jeziora Hapsugul, który służył jako obciążenie przy kieszeniu kapusty, teraz po przejechaniu pojemnika kołami naszej Landrynki wrócił do natury. Dziękujemy mu za pomoc.

 

 

 

 

Dzień chylił się ku wieczorowi, mimo więc magii miejsca ruszyły programy chęci zaspokojenia planów związanych z chęcią obozowania, okąpania się, wykonania prania w świetle nadchodzącej zmiany pogody. Dopiero stado gazel i zbliżenie się do czarnych jak węgiel szczytów gór pozwoliło mi na ponowne wtopienie się w przestrzeń. Przestrzeń która była zadziwiająca. Jeżeli miałbym sobie wyobrazić powierzchnię księżyca to tak właśnie by wyglądała. Czarne nagie skaliste góry , czarna prawie równa powierzchnia plato wyściełana połyskliwym kamykiem, odległy widok w dół na dolinę kończącą się daleko, daleko kolejnymi łańcuchami szczytów ….. Potem zachód słońca, żółty, różowy, aż do pomarańczu podświetlającego od drugiej strony wyraźnie ostro zakończonej górskiej grani. To wszystko bez zmiany głębokiej czarnej barwy skał….

– Spektakl trwa…..

 

 

 

 

Teraz sympatyczny bohater księżyc zalewa w ciemności całą okolicę. Żadnego tchnienia wiatru, ruchu powietrza, rośliny, owada, ptaka. Całkowita cisza………, nie cisza bo gadają skały, góry i kamyczki odbijając połyskliwe białe światło, napełniając i oświetlając na dziesiątki kilometrów okolicę. Pejzaż nocny przy niesłychanie jak na tą porę roku ciepłym powietrzu ok 16 stopni. Z kontemplacji chwili wyrywa nas widok wyraźnych świateł jadącego auta w masywie górskim na horyzoncie. Spojrzenie w nawigację pozwala stwierdzić że to……………80 kilometrów……………., nie……. jaja jakieś……… fata morgana……..… ale w nocy?

 

Rano z radością zjechaliśmy do miasteczka Nomgon, które robiło wrażenie niesamowicie zadbanego. Miasteczka pustynne to miejscowości mające ok 1000 mieszkańców, parę sklepików, szkoły, urzędy. Oddalone od siebie o 100 czy 200 km, a między tym pojedyncze jurty. Taka jest Gobi. W tym miasteczku pojawił się jeszcze klasztor buddyjski. Niestety nie zaprosił nas do siebie.

 

 

 

 

I tak kończył się powoli na czas na Gobi w tej najbardziej dzikiej odsłonie.

Na jutro zapowiadali załamanie pogody (a prognozy się tutaj sprawdzają), więc zdecydowaliśmy, że jedziemy do Dalanzagdad, aby być bliżej asfaltu.

 

 

 

Pogodowo pustynia gościła nas bajkowo w dzień 20 stopni w cieniu, czy więcej w słońcu ze 27 w plusie, w nocy minimalnie koło zera, ale zazwyczaj 5-8. Piękna jesienna Gobi….

I tak już o zmroku dojechaliśmy na nasze „ulubione” miejsce koło Dalanzagdad (dla przypomnienia największe miasteczko Gobi ok 18 000 mieszkańców, lotnisko).

Dziękujemy za ten magiczny czas na Gobi – zrobiliśmy teraz jesienią w październiku ok. 600 km bezdrożami, ciesząc się z każdej chwili.

Powiem szczerze jeszcze się Gobi nie nasyciłam, i gdy ponownie zaprosi – z radością powrócę.

Dziękujemy za tę magię i ten czas….

 

 

 

Small Gobi – zobaczyć swój upór

Small Gobi Zobaczyć swój opór 22-23 października 2015

 

 

Gobi to niesamowity nauczyciel praktycznie każdy dzień odsłania przed nami kolejne cząstki nas samych, a przy tym robiąc to niesamowicie pięknej scenerii i energii pełnej miłości, światła i bezpieczeństwa.

Mała Gobi na którą teraz nas zaprosiła słynie z tego, że znajdują się na niej dzikie osły.

Ciekawe czy tak samo uparte jak te już udomowione???

Czy się pokażą???

Jak pokaże nam się kolejna część pustyni, zaczęliśmy się zastanawiać gdy wyjeżdżaliśmy z Balandalay i nagle pojawiły się osły……. Co prawda udomowione, ale osły.

 

 

Opis osła z książki Siła zwierząt J. Ruland

Osioł opiera się, ma swój rozum i chodzi własnymi drogami. W dziwaczny sposób odzwierciedla Ci Twoje obecne zachowanie. Chce Ci zwrócić uwagę, że trzymasz się rzeczy, które mogą Ci zaszkodzić. Przeczuwasz je, ale nie chcesz ich dostrzec.

Jeżeli sprawy nie biegną tak jak powinny, ma to swoją przyczynę, której być może nie potrafisz rozpoznać, ze swojej ludzkiej perspektywy. Być może koniecznie chcesz bilet na Titanica, bo Twoim największym marzeniem jest popłynąć właśnie tym statkiem, lecz los Ci tego odmawia. Wciąż i wciąż wszystko się nie udaje, albo coś staje pomiędzy. W tej chwili czujesz się pokrzywdzony, jesteś wściekły i smutny, lecz kiedyś zrozumiesz, jakie miałeś szczęście.

 

Zatrzymaj się, spójrz w mądre oczy Osła i rozpoznaj cenną radę, jakiej chce Ci udzielić. Chęć przeforsowania za wszelką cenę określonej sprawy może ściągnąć nieszczęście, jeżeli nie zaakceptujesz prowadzenia i zrządzenia losu.

 

Nie upieraj się, zaufaj boskiemu prowadzeniu. Pójdź tymi tak nietypowymi dla Ciebie, niewygodnymi i niechcianymi drogami.

 

Puszczam i ufam. Boska siła pomaga mi i wspiera mnie Teraz

 

 

Tak, tak prowadzenie gdy nie idą emocje poddaję się mu w pełni. Pragnienia mniej mnie dopadają, ale lęki tak (u Bartka dokładnie odwrotnie). I co wtedy? – zamiast poddać się prowadzeniu – chcę uciec od sytuacji. I to przecież mam jeszcze powód, gdyż jest to niebezpieczne. Fantastyczna wymówka. Oczywiście nie ma co super forsować lęków, ale bez sensu przed nimi uciekać. Nie ma też lęków uniwersalnych – każdy ma swoje. A nawet lampa na ulicy może spaść na głowę, więc……

 

Pozwalam sobie dostrzegać moje lęki

 

Pozwalam się prowadzić

 

I w takim nastroju ruszyliśmy w kolejne odsłony naszej kochanej Gobi, z wolna krok za krokiem w kierunku jej kolejnych dolin.

 

 

Tutaj pojedyncze jurty są od siebie oddalone czasem o parę kilometrów. Teraz są baterie słoneczne, telewizory dają więc wgląd w świat, ale jeszcze kilkanaście lat temu…???

 

 

 

Sąsiad ten sam od wieków, na szczęście jeszcze szkoła i jej środowisko (to bardzo pozytywna część komunizmu, w Maroku byłej francuskiej kolonii do dziś analfabetyzm jest na poziomie 50%).

A potem życie w okrągłej jurcie, gdzie cała wewnętrzna energia wirowała w kółko, życie zgodnie z porami roku, przemieszczanie za stadami na inne pastwiska.

 

 

Zwierzęta były wszystkim ( teraz już może mniej), dawały jedzenie – mięso, nabiał, ubranie – wełnę, skóry, światło – lampy na masło, opał – odchody, transport i jakieś przychody, czy sposób wymiany dóbr.

Bez nich nie można byłoby przeżyć.

Lekarz, sąsiad daleko. Gdy coś się dzieje trzeba polegać na sobie, najbliższych. Odporność na ciepło (latem powyżej 40, ) zimno (zimą poniżej 40) wiatry i nie sprzyjające atmosferyczne warunki. Mała ilość gromadzonych materialnych dóbr z uwagi na przemieszczanie się dające niesamowitą czystość energetyczną nowej otaczającej przestrzeni.

Życie piękne gdy jest świadome, gdy ma się dobry kontakt z Bogiem, jednak gdy świadomość jest niska (a zresztą jak się miała i ma kształtować). Religia ??? A ile kilometrów do najbliższego lamy???

Będąc świadomym może nie zabijaliby zwierząt, tylko jaką świadomość trzeba mieć aby nie jeść, być odpornym na ekstremalne zimno (bo nikt nie hoduje zwierząt – nie ma opału), chodzić nago cały rok. Czy ktoś z czytających ten tekst dałby radę????

Teraz wszystko się zmienia baterie słoneczne, samochody, telewizory, młodzież ucieka do miasta (czy żyje jej się tam lepiej ??? – na pewno inaczej!).

Mongolia się zmienia bardzo dynamicznie, obecnie wg naszych obliczeń ok. 20% z 3 mln ludności mieszka w jurtach, i jest tendencja spadkowa. Za jakiś czas może zamiast prywatnych stad, powstaną wielkie stada wielkich korporacji, a przeciętny Mongoł będzie tam pracownikiem, któremu wmówi się bardzo łatwo, że jeszcze nie ma tysiąca „niezbędnych” mu dóbr i ……

 

 

Zamiast pracować tak jak teraz – spokojnie, niewiele – wygonić stado rano na lepszą łąkę, doglądnąć popołudniu, zgonić wieczorem, porobić troszkę sera, ususzyć gówna – będzie pracował od rana do wieczora , tęskniąc za zostawionymi przestrzeniami i wchodząc w „koleiny” życia jak wszyscy.

Bo gdy nie zmienimy świadomości, niewiele zmienia się w naszym życiu.

 

Działam świadomie w moim życiu

 

I taj jechaliśmy gdzieś przez Gobi, na geograficzny kierunek świata bardziej, niż prowadzeni przez nawigację, pojedyncze jurty powodowały refleksje nad światem który mija, przemija. Świat się zmienia i pozwólmy na to.

 

 

 

Gdy na jednym wzgórzu nie wiedzieliśmy za bardzo gdzie jechać, akurat podjechał do nas Mongoł (czytaj – życzliwy anioł), a gdy pokazaliśmy na mapie gdzie mniej więcej chcemy jechać (Tehem) , pokazał nam jakąś tajną drogę przez góry.

Poczuliśmy się jak w bajce gdy wąską przełęczą przejechaliśmy masyw gór. Słońce zachodziło, a my znaleźliśmy miejsce na malutkim płaskowyżu z widokiem chyba z 50 km, albo i więcej w trzy strony świata.

Gdzieś na horyzoncie migotały jurty, tak – najbliższy nasz sąsiad jest ze 20 km stąd.

Wszystko tańczyło zatapiając nas w tej niesamowitej przestrzeni, gdzie przestrzeń ziemi mieszała się z przestrzenią nieba, gdzie wszystko razem łączyło się niezapomnianej jedności, gdzie znikał czas i przestrzeń, pojawiało się NIC, z którego potem wyłaniał się cały ogrom wszechświata.