pozostałe

now browsing by category

 

Na drodze wzrastania…23.11.2016 Narwa Joensu – Estonia

Mam na imię Bartek i „rzadko” goszczę na blogu przemawiając do Was bezpośrednio, jednak wydarzenia ostatniego czasu skłoniły mnie do pewnej refleksji….

W ostatnim czasie bardzo niepokojący wydźwięk dla mnie mają wypowiedzi zarówno publiczne jak i prywatne Brygidy ( w tym te skierowane bezpośrednio do mnie). Mają one specyficzną odpychającą wymowę energetyczną skłaniająca mnie do zastanowienia się, czy aby na pewno nie jestem jakimś intruzem roszczącym sobie prawa do twórczości Brygidy zawartej na stronie brygidaibartek.pl . Ingerującym w dobro związane z powstawaniem tego dzieła.

Faktem jest że moje pojedyncze zdania, oraz nieliczne opisy przyrody, czy „akcji” giną w tysiącach stron już ponad 400 wpisów na blogu. Ale może jest już czas na to, aby zwrócić uwagę na wkład innych współtwórców tego bloga – bo tacy są. Zwykle do takiej sytuacji dochodzi gdy główna postać zaczyna przybierać na znaczeniu w swoich własnych oczach, bagatelizując wkład innych… Ale może teraz właśnie jest ten czas, aby sobie uświadomić kto wciąż fotografuje „Brygidę na krańcu świata” – wydobywając jej piękno na tle dziewiczej przyrody. Kto trzymając kierownicę „prze” dalej w nieznane , nie do końca bezpieczne, przy częstym lękowym sprzeciwie partnerki – tak by doświadczyć i pokazać niezakłóconą Pierwotna Wibrację dziewiczych lasów i gór w miejscach słabo dostępnych dla przeciętnego europejczyka. Właśnie taka jest geneza naszych podróży w tym wymiarze, bo będąc lepiej zaprzyjaźniony z dzikością lasu , pokazywałem jego magię Brygidzie, odkrywając przed nią czar nocy spędzonej w przyrodzie, a co za tym idzie urok tych pór, które aby ich doświadczyć i sfotografować trzeba pozostać na noc głęboko w dzikiej często lesistej przyrodzie. A na co jej psychika sobie dotychczas nie pozwalała.

Ten tekst to taka moja prywatna refleksja, bo tak się akurat składa że wielkość i ciężar lustrzanki powoduje niechęć brania jej do ręki przez Brygidę. Naturalnym jest że przepaść jakościowa fotografii wykonanych lustrzanką a kompaktem używanym przez moja partnerkę – powoduje sytuację w której częściej trafiają do publikacji fotografie z lustrzanki, a więc z mojej ręki, oglądacie zatem świat zawarty na blogu w dużej części moimi oczami (Brygidka je obrabia – jest w tym lepsza). Jest również sprawą oczywistą że wszystkie publikowane teksty przechodzą korektę stylistyczną, interpunkcyjną, do której całkowicie się zaangażowałem, czuwając nad gładkością wypowiedzi i uzgadniając sens niektórych fragmentów – tak byście Wy – czytelnicy mogli zatopić się bez zacięć w opisywaną przestrzeń. Poświęcam na nią wiele czasu, naturalnie stałem się więc wielbicielem twórczości Brygidy i jednocześnie jej krytykiem – zatem zachęcam i oddziaływuję pośrednio na jej sposób pisania, oraz zawarte treści,  w stronę tych najgłębszych wyznań z serca, tych odnoszących się do terapii, idących w stronę lekkości wypowiedzi oraz magii chwili, nastroju………..pomagam i wspieram swoją energią, gdy brakuje już jej własnych sił.

Czy zatem mam się czuć intruzem na blogu brygidaibartek?

 

abc

 

Naturalne jest zatem stwierdzenie że blog jest zapisem doświadczania przemiany wewnętrznej i zewnętrznej Pary Istnień, na tle piękna Matki Ziemi i jej naturalnej, unikalnej Boskiej Wibracji. Czując że inspirowany jest Mocą Światła – uważam go za dobro publiczne , a nie swoją własność prywatną. Cieszę się że mogę w ten sposób dzielić się czymś – co jest dla mnie ważne, bo tego dzielenia się w przeszłości mojego życia nie było wiele. Naturalne dla mnie jest również stwierdzenie, że blog powstawał przy udziale talentów, umiejętności, finansów, pasji z obu stron – co czym kto dysponował w danym czasie….tak by inni mogli skorzystać, inspirować się tym że droga życia może być połączeniem pasji i wzrastania duchowego.

Po przeczytaniu powyższego tekstu, czuję jaki ma wydźwięk, to skomlenie kojota o zaistnienie w „swojej własnej przestrzeni”. Ale może już czas, aby symbolika zwierząt mocy która pokazała mi się ostatnio w postaci np. dzikiego niedźwiedzia brunatnego – zaowocowała. Czas tylko pokaże czy „Niedźwiedzica” będzie w swoim rewirze tolerowała Dorosłego Samca, nawet jeżeli nie ma teraz godów……..

Tak, istnieję, jestem, doświadczam i rejestruję to za pomocą fotografii i filmów które są w części moim dziełem. Zmieniam się, i ta zmiana może nie do końca odpowiada Brygidzie (jest dla niej za wolna). O moich zmianach informuje poniższy filmik zamieszczony na youtubowskim kanale brygidaibartek.tv pod tytułem „Na drodze do prany – prolog” :

P.S. Obecnie przebywamy na niezwykle intensywnym warsztacie, polegającym na niemal już miesięcznym okresie, z którego co drugą dobę nie spożywa sie ani jedzenia ani picia. Oczywiste jest zatem że ruszyły procesy bardzo intensywnego i głębokiego oczyszczania z programów zapisanych na głębokich poziomach – szczególnie dotyczących  wczesnego dzieciństwa. Są powiązane z ciężkimi emocjami nienawiści, odrzucenia, które istniały w  rodzinach. Życzliwe osoby proszę o wsparcie energetyczne. Proszę również o to dla Brygidy. Bartek

Wsparcie w środowiskach alternatywnych – NAGA PRAWDA

Jedność w środowiskach alternatywnych – naga prawda???

 

Już parę razy gdy patrzyłam na stronę „Polak potrafi” w sprawie odbudowy domu Pawła Kobielusa po pożarze, rodziło się pytanie dlaczego ludzie nie chcą pomóc?

Środowisko, które mówi o miłości, dobroci, życzliwości, braku biznesu nie chce pomóc temu, który jest pionierem w tym jak żyć w ten sposób. Który żyje tym co mówi?

Który pokazuje prawdę o sobie, który teraz z pokorą i wiarą prosi o pomoc???

Dlaczego???

Może lepiej popierać biznes ekologiczny i tych którzy świetnie sobie w nim radzą, nie do końca uczciwie?

Rodziły się pytania, zdziwienie, a może rozczarowanie.

A może prawda, że gdy potrzeba pomocy na to środowisko nie specjalnie można liczyć.

Szczególnie widoczne to gdy jest się na Kaukazie, którego serdeczność i życzliwość jest wręcz owiana legendami.

Dlatego podróżuje się tutaj cudownie mając dookoła życzliwych pomocnych ludzi. Nie trzeba się obawiać, że ktoś będzie się bał użyć swojego sprzętu aby pomóc, że będzie chciał zarobić na tym, czy nie będzie miał czasu. 80-90% osób potraktuje to jako coś normalnego.

Nam też po 3 dniach stania nad Sevanem rozładowały się oba akumulatory. Poproszeni na drodze rybacy zawrócili, podjechali, wyciągneli swój bez lęku, że coś się stanie, włożyli do naszego samochodu i zapalili go.

Nie filozofowali, że jacy z nas idioci, że staliśmy 3 dni na starym akumulatorze, nie dawali numeru do pomocy drogowej, do wujka sprzedającego akumulatory, praktycznie nie mówili nic, włożyli całą swoją wiedzę aby się udało, bo ich akumulator miał odwrotnie plus i minus.

Po prostu trzeba pomóc i tyle .

Zajęło to parę minut landrynka była uruchomiona, a oni pojechali dalej.

Więcej czasu zajęło by gadanie, kombinowanie i ocenianie.

Właśnie, nie trzeba mieć tutaj najnowszej generacji akumulatorów , żeby pozwolić sobie na noc nad Sevanem, po prostu można poddać się temu co jest, pójść za tym bo przyjaźni, pomocni ludzie są wszędzie.

Można pozwolić sobie na błędy.

No właśnie może nie chcecie pomóc Pawłowi bo popełnił błędy ? Bo poszła iskra, bo budowa była nie ubezpieczona?

A może runęły ideały o domu z gliny i słomy, który nie jest pancerny (drewniany zresztą też). A może ideały o tym, że życie we wspólnocie to też różnego rodzaju sprawy do rozwiązania.

A może ocena tych bardziej duchowych, że spalił się to znaczy, że ma go nie być i oni nie będą w tym uczestniczyć. Potrzeba bycia idealnym, lansowania siebie, korzystania z pomocy drogowej, instytucji, a nie życzliwości drugiego człowieka.

Może odpowiecie mi dlaczego???

Podróżowanie, a może takie życie w podróży, uczy nas pokory wobec nas samych, uczy proszenia o pomoc gdy coś się dzieje. Pokazuje nam nas samych takich jacy naprawdę jesteśmy, bez ściem i idealizowania jakimi chcielibyśmy być.

Pokazuje nam różne światy, różne kraje.

Pamiętam jak rok temu w Salzburgu szukaliśmy części do auta, był piątek po południu, nikogo nie interesowało, że jesteśmy w drodze.

My pracujemy do 18 , proszę przyjść w poniedziałek mówili miło tamtejsi ludzie.

W Maroku na pustyni za pokazanie drogi chcieli 10 euro za 10 km, nie mówiąc już gdyby trzeba było bardziej skomplikowanej pomocy.

Koleżanka sekretarka w dużym koncernie opowiadała jak zepsuł jej się samochód na skrzyżowaniu pod firmą w godzinach kończenia pracy (czyli wtedy gdy większość jej kolegów wyjeżdżała) nikt się nie zatrzymał by pomóc, albo tylko zapytać co się stało.

Tutaj na Kaukazie pomoc jest za dziękuję i zawsze z uśmiechem, serdecznością bez oceny i kombinacji. Ludzie podjadą aby pomóc .

Tak po prostu bez oceny i spojrzenia biznesowego.

Gdzie chcielibyście żyć????????????

Czy nie łatwiej tam gdzie ludzie mają czas się zatrzymać i pomóc?

Czy nie warto naśladować tych, którzy są w tym dobrzy?

W Batumi opowiadano nam historię chłopaka który późną jesienią pojechał do Tbilisi, przez góry ubrany letnio. Nie opowiadano nam jaki był głupi, nieodpowiedzialny, że nie wziął ubrania.

Nikt też nie mówił, że musiał sobie je kupić.

Tylko opowiadano „u nas ludzie dobrzy i go ubrali, dali mu ciepłe ubranie”.

No właśnie czy nie fajnie mieć wokół siebie dobrych ludzi na których pomoc można liczyć TAK POPROSTU ????

 

LUDZIE W POLSCE SĄ DOBRZY – WIERZYMY W TO, tylko może teraz w pogoni za wskazanym przez reklamy ogonkiem o tym zapominają.

 

Wiadome część nadużywa gościnności kaukaskiej, dobroci , bardziej inteligentni zaczynają stawać się ludźmi zachodu. Jednak większość jest jak dzieci, z chęcią pomocy drugiej osobie bez oceny jej zachowania i z bogactwem wewnętrznej duszy.

Że we mnie jest taki dobrobyt, że mam się czym podzielić (pieniądze, czas, jedzenie, ubranie, umiejętności)

podzielić tak od serca z tym co potrzebuje.

 

Nie jest to tekst o tym, aby namawiać Was do wspierania Pawła czy kogoś innego.

Chciałabym abyście świadomie wybrali świat w którym chcecie żyć.

Napisaliśmy to bo „trochę” przeraził nas brak jedności ekologicznego środowiska i jego obojętna „prawdziwa twarz”

Pozdrawiamy z Kaukazu

 

Link do akcji Pawła

 

http://polakpotrafi.pl/projekt/ekoosada

 

paweł1111

Ekowioska – pomóżmy Pawłowi odbudować dom

Prośba o wsparcie przy odbudowie spalonego domu.

 

pawel

 

Na Podhalu gdy komuś spali się dom, odbudowuje go cała wieś.

 

W tym przypadku niech odbuduje go wieś (środowisko) ekologiczno-duchowe.

 

Dlatego prosimy pierwszy raz o wsparcie dla działania naszego kolegi Pawła Kobielusa, wspaniałego ekologa. Jego marzenia idą na razie troszkę pod górkę.

W tym roku zaczął budować dom, jego marzenie, gdy jedna iskra je zniweczyła.

Teraz chce odbudować swój dom, zrobił program na „polak potrafi”.

Jeżeli komuś bliskie jest podejście ekologiczne, tworzenie takiej wspólnoty, wiosek ekologicznych, to wesprzyjcie ile możecie Pawła w jego działaniach.

Może możecie gdzieś udostępnić informacje o akcji, im więcej osób się dowie tym większa szansa, że uda mu się odbudować dom.

Na pewno ogień przepalił nieharmonijne energie, stał się jego trudnym i bolesnym nauczycielem, otwierając teraz na nowe.

Na pewno tym nowym jest proszenie o tak duże wsparcie.

Wierzymy, że się uda i powstanie jego dom, a potem koło niego cała osada, która będzie światełkiem w tamtej okolicy.

Pawła znamy osobiście i wiemy, że jest to na 10000% pewny rolnik ekologiczny. To nie tylko rolnik z certyfikatem, ale on przede wszystkim człowiek i pasjonat, który wierzy w to co robi i jest to jego treścią życia.

 

Trzymamy kciuki

 

Więcej o akcji odbudowy i możliwości włączenia się w nią na :

 

http://polakpotrafi.pl/projekt/ekoosada#.VE38Ao-wT50.facebook

 

pawel1

 

Artykuł o Pawłe z czasopisma wróżka http://www.wrozka.com.pl/rozwoj-osobisty/573-2012/08170/6915-droga-do-brzozowego-gaju?showall=&start=1

 

Na drewnianym stole w gospodarstwie nazwanym Brzozowym Gajem jego właściciel stawia napar z melisy, pokrzywy, czekoladowej mięty, czarnego bzu i cytrynowej werbeny. Jest sam – żona Grażyna wyjechała na kilka miesięcy na zaprzyjaźnioną farmę do Szwajcarii. Właśnie wrócił z pola wschodzącego żyta i orkiszu, które za jakiś czas zamienią się w mąkę, a potem w pachnący bochenek. Który Paweł Kobielus z 12-letnią córką Julią upiecze, jak zwykle, w glinianym piecu. 

Chleb tak uwielbiany przez przybywające tu miejskie dzieci, jak też dziesiątki wolontariuszy z całego świata, którzy pod Andrychowem uczą się żyć blisko Ziemi, czerpać z niej dary z pokorą i szacunkiem. Można więc w Brzozowym Gaju spotkać Andrasza z Węgier, globtrotera bez grosza przy duszy, który zawija tu jak marynarz do portu… Można natknąć się na Anke z Niemiec, szamankę, która u podnóża Beskidu Małego, w swoim symbolicznym czółnie, wśród prawdziwych polskich drzew wypływa do Krainy Duchów. 

I globtroter, i szamanka, ale też gromady dzieci z całej Europy przybywają do Brzozowego Gaju, by zobaczyć inne życie niż to w betonowych miastach, zobaczyć, jak wyglądają miłorząb japoński, metasekwoja chińska, tulipanowiec, morwa, pigwa, cytryniec. Jak pachną i smakują polskie zioła oraz nieskażona chemią marchewka i kapusta. To właśnie od kapusty i marchwi zaczynał swoją przygodę z rolnictwem ekologicznym syn i wnuk rolników z Białej Drogi pod Andrychowem.

 

Wśród zielonych ekscentryków
Początki były i śmieszne i czasem straszne. Chwilami czułem, że porywam się z motyką na Słońce – przyznaje z uśmiechem Paweł Kobielus. Dwie dekady temu Biała Droga przypominała zwyczajną, małopolską wieś. Mieszkali w niej ludzie, którzy na własne potrzeby uprawiali kawałek pola, ogród i sad. – To był żywy organizm, w dużym stopniu samowystarczalny. A gdy komuś czegoś brakowało, zwracał się o pomoc do sąsiada – wspomina Paweł. Tak jak sąsiedzi do jego taty, bo miał konia, mógł więc wesprzeć ludzi w pracach polowych. W zamian ofiarowywali pomoc podczas zbiorów.

Paweł wyrastał w domu mężczyzn (wychowująca go babcia zmarła, gdy miał 14 lat), dla których uprawa ziemi była surowym, ale cenionym sposobem na życie. Nie buntował się zbytnio wobec rodzinnej tradycji, wybrał technikum ogrodnicze w Bielsku-Białej. Trafił do niego pod koniec lat 80., gdy triumfy święciła w Polsce tak zwana agrochemia. Na lekcjach Paweł nieraz słyszał o zbawiennej roli pestycydów w rolnictwie. I może by w to w końcu uwierzył, gdyby nie trafił na kilka wykładów organizowanych przez ludzi o całkowicie odmiennym spojrzeniu – ekologów i wegetarian, takich jak Jacek Bożek, szef Klubu Gaja, czy Wojciech Owczarz, dziś prezes Fundacji Ekologicznej „Arka”. W tamtych czasach uchodzili za ekscentryków, propagujących szalone na pierwszy rzut oka pomysły. Takie jak idea austriackiego filozofa i mistyka z przełomu XIX i XX wieku, Rudolfa Steinera, twórcy rolnictwa biodynamicznego, uważnego na wpływy kosmosu, otwartego na harmonijną współpracę człowieka z naturą.

W fantastycznym pocie czoła
Tę współpracę Paweł Kobielus poczuł tuż po szkole na biodynamicznej farmie w Niemczech, na którą trafił na rok jako wolontariusz. Tam zobaczył, jak tradycyjne metody uprawy łączy się z nowymi technologiami, dowiedział się, co w praktyce oznacza płodozmian, bioróżnorodność, nawożenie ziemi naturalnym kompostem. Ale też na czym polega cały system nowatorskich rozwiązań, które sprawiają, że gospodarstwo jest przyjazne dla otoczenia.

Wrócił do Polski z głową pełną pomysłów. Jego zapał był tak ogromny, że nawet dziadek i ojciec, tradycjonaliści, nie śmieli oprotestować zmian, które wprowadzał. Nawet tego, że jako wegetarianin nie chciał hodować zwierząt na mięso. I mimo że od początku rozwiewał złudzenia seniorów, iż rewolucja na ich rodowej ziemi może oznaczać większe profity. – Na niemieckiej farmie, na której ludzie pracowali w fantastycznej komitywie, ale i w pocie czoła, zrozumiałem, że rolnictwo ekologiczne to ciężka praca dla idei – mówi Paweł. – Pojąłem, że taki sposób na życie nie przyniesie mi fortuny, bo nakład pracy i koszty w gospodarstwach, których celem jest powrót do świata natury, są niewspółmierne do zysków. Zyskiem są jednak zupełnie inne wartości: czysta ziemia, powietrze i woda, a tego nie da się przeliczyć na pieniądze.
Paweł był jednak przekonany, że za ciężką pracę należy mu się nagroda. Jakież było jego zdumienie, gdy po pierwszym zasianiu na ojcowiźnie kapusty i marchewki zastał pole żółte od gorczycy, innymi słowy – chwastów. – Okoliczni mieszkańcy myśleli, że zasiałem rzepak – uśmiecha się rolnik. Gdy prawda wyszła na jaw, sąsiadki zakasały rękawy i wypieliły z Pawłem hektar pola. W myślach nazwał później życzliwe panie „babocydami”… 

Długo jeszcze uchodził za dziwaka, także na andrychowskim targowisku, na którym pierwszy raz pojawił się ze skrzynką własnej kalarepy. I napisem, że sprzedaje żywność ekologiczną, co początkowo wzbudzało uśmiechy. A jednak ktoś spróbował marchewki od Kobielusa, ktoś zauważył, że smakuje i pachnie jak ta z dzieciństwa… I z czasem rolnik-ekolog dorobił się całkiem sporej grupki klientów.

W powodzi uczuć
A potem, w 1997 roku, przyszła powódź. Wszystko zgniło. By przeżyć, Paweł po raz kolejny wyjechał na farmę ekologiczną do Niemiec. Poznał na niej Grażynę ze Śląska, która nie chciała już żyć w otoczeniu górniczych hałd i podobnie jak on marzyła o czystym powietrzu i czystych regułach. W jej oczach zobaczył pasję i bunt wobec świata, w którym ludzie traktują naturę instrumentalnie. Zrozumiał, że łączy ich pokrewieństwo dusz. 

Zdumiała go jej bezkompromisowość i wiara w to, że najdoskonalszą drogą do szczęścia człowieka, a także do istnienia w zgodzie z Ziemią, jest droga wyznaczana przez kobiety. Innymi słowy – powrót do matriarchatu, systemu, w którym to kobiety decydują o regułach życia wspólnoty. I w którym nie ma dominacji ani dyskryminacji, a przyrody nie traktuje się jak własność, lecz jak dar.

 

Kiedy Grażyna, już jako żona Pawła, zawitała do Białej Drogi, zamieniła Brzozowy Gaj – dotąd typową farmę rolniczą – w oazę pełną kolorowych kwiatów, kwitnących drzew, pachnących ziół. I uznała, że powinien to być dar dla wszystkich. U Kobielusów na dobre zagościły więc warsztaty dla dzieci z miasta i wolontariusze. Zakasywali rękawy, w zamian zyskując wikt, ale też poczucie, że robią coś ważnego.  

Andrasz z Węgier przybył tu, bo miał dość hulaszczego życia jako kierowca tira. Podobnie prowadził się kiedyś jego ojciec – do czasu, gdy odebrał sobie życie. Pewnego dnia Andrasz zatrzasnął drzwi od ciężarówki, zarzucił plecak i ruszył w drogę. Przemierzał Europę stopem. Zdarzało mu się zatrzymać na dłużej w innych miejscach, choćby w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci pod Wieliczką, gdzie zostawił wszystkie zarobione pieniądze. – Od takich ludzi jak Andrasz wiele można się nauczyć – przyznaje Paweł Kobielus. – Choćby tego, że człowiek może wspierać człowieka bezinteresownie, że bez pieniędzy można żyć i to, o dziwo, szczęśliwie.

W Brzozowym Gaju pojawiła się pewnego dnia Anke z Niemiec, kiedyś pracownica biura podróży, dziś przemierzająca świat wzdłuż i wszerz szamanka. To ona podczas kolejnej wizyty u Kobielusów ze smutkiem zauważyła, że Biała Droga bardzo się zmienia. – Zniknęły łąki i sady, a na polach stanęły hale podmiejskich przedsiębiorstw – przyznaje Paweł. – Ludzie stracili kontakt z ziemią, z tym, co od wieków dawało im siłę. Ogrody zamienili na garaże, a smaczną żywność z własnych upraw i targowisk – na śmieciowe jedzenie z hipermarketów. 

Marzenie o ekoosadzie
Grażyna i Paweł zatęsknili za miejscem, w którym ludzie żyliby zgodnie z regułami, jakie obowiązywały w dawnych osadach. W poczuciu harmonii z naturą, samowystarczalności i samopomocy – jak tej, która panowała jeszcze wówczas, gdy tata Pawła użyczał sąsiadom konia. Kobielusowie zamarzyli o ekoosadzie. – O miejscu dla ludzi, którzy myślą podobnie jak my, z inspirującą przestrzenią do życia i tworzenia, pełną harmonii, spokoju, zgody na trwanie w rytmach Ziemi. W którym można by wytwarzać żywność dla siebie, ale też radośnie dzielić się wypracowanym dobrem – wylicza Paweł.

Znaleźli takie miejsce, o jakim marzyli. Kupili kilkanaście hektarów ziemi w Kotlinie Kłodzkiej. Andrasz i Anke poczuliby się tu jak w domu. Bo sporo jest miejsca dla kóz i dobrych sił z szamańskiej Krainy Duchów. W planach Kobielusowie mają tymczasem podzielenie ziemi na mniejsze siedliska. Każdej z rodzin ma przypaść w udziale po hektarze. Swoim pomysłem zarazili już pewną rodzinę informatyków i kilku innych znajomych. Wciąż jednak poszukują osadników, którzy zechcą porwać się, jak kiedyś zrobił to Paweł Kobielus w Brzozowym Gaju, z motyką na Słońce (wszystkich chętnych odsyłamy na stronę www.kobielus.most.org.pl). 

Podobnie jak dwie dekady temu, także i teraz rolnik z Białej Drogi ma świadomość, że ekoosada nie jest nadzwyczaj rentowna dla jej mieszkańców. Nie ma jednak innej drogi, jeżeli człowiek chce wyjść z kryzysu, do jakiego doprowadził Ziemię. Od trudnych okoliczności ważniejsi są przecież – tego nauczyły kiedyś Pawła „babocydy” – przyjaźni ludzie. Poza tym nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Dobrego życia się nie da.

Sonia Jelska
fot. Bogdan Krężel, Archiwum Prywatne

Zmiana numeru telefonu 511 777 865

Nowy numer   511 777 865

I znowu w domu i mniej wpisów , tak chyba na razie musi być . 

Odkryłam swoje przywiązanie do numeru mojego obecnego numeru telefonu , na siłę chcialam go zostawić . Jednak wszechświat stwierdził, że nie jestem już zbieżna z plusem .

Rezygnując wcześniej z umowy chciałam przejść na SIMPLUSA , zachowując numer , jednak Plus nie ma takiej opcji . Potem wymyślałam sobie innych niby tanich w kraju operatorów (ale za 2 tygodnie wyjeźdzam i taki mi teraz nie potrzebny ) i też nie mogłam kupić startera itp . 

Ktoś powiedział w jakieś sieci można wybrać numer . Mnie osobie która lubi robić coś sama – iluzja . Pomysł bardzo sie spodobał . Starter sam wpadł w ręce . Jednak dopiero gdy odłaczyli mnie od Plusa wybrałam numer i zdecydowałam sie na orange .

Okazało sie , że w roamingu do tych krajów co sie wybieram ma najlepszą ofertę (oczywiście chodzi o 2 słowa ) , i jako jedyny operator na rynku w swojej ofercie Rosję traktuje cenowo jak Unię – to przetestowałam w tamtym roku na Syberii

Jednak szukałam nie wiedzieć czego i męczyłam sie tym . 

Ciekawe ile jeszcze przywiązań odkryjemy w sobie .

Wszystkiego co najlepsze 

Sprzedajemy, sprzedajemy c.d nowości

Sprzedajemy , sprzedajemy , drobne rzeczy znajdują kupujących większe jeszcze nie znalazły . Dzięki naszemu kreatywnemu koledze pojawiły się nowe filmiki domu po rodzicach , jak i działek w Hałcnowie .

Ponadto wpadliśmy na pomysł po konsultacji w urzędzie miasta , że można sprzedać nasz domek z mniejszą działką niż hektar (nowa musi mieć co najmniej 23 ary z uwagi na studnię ) .

Popatrzcie na nowe nasze dzieła, a jak znacie kogoś kto szuka tego typu nieruchmości przekażcie mu informację

 

Działki Bielsko-Biała Hałnów

 

http://youtu.be/nJdhi4dHtI0

 

Dom Bielsko-Biała Mazańcowicka 45

 

http://youtu.be/DGEM1E8VpzM

 

Dom Bielsko-Biała Witosa , gdzie mieszkamy

Szczególy w poprzednim poście na blogu

http://brygidaibartek.pl/do-sprzedania-nas-niebieski-domek/

 

Ciekawe kiedy Wszechświat pozwoli nam zmienić nasze życie …???