refleksje o życiu

now browsing by category

 

Na drodze wzrastania…23.11.2016 Narwa Joensu – Estonia

Mam na imię Bartek i „rzadko” goszczę na blogu przemawiając do Was bezpośrednio, jednak wydarzenia ostatniego czasu skłoniły mnie do pewnej refleksji….

W ostatnim czasie bardzo niepokojący wydźwięk dla mnie mają wypowiedzi zarówno publiczne jak i prywatne Brygidy ( w tym te skierowane bezpośrednio do mnie). Mają one specyficzną odpychającą wymowę energetyczną skłaniająca mnie do zastanowienia się, czy aby na pewno nie jestem jakimś intruzem roszczącym sobie prawa do twórczości Brygidy zawartej na stronie brygidaibartek.pl . Ingerującym w dobro związane z powstawaniem tego dzieła.

Faktem jest że moje pojedyncze zdania, oraz nieliczne opisy przyrody, czy „akcji” giną w tysiącach stron już ponad 400 wpisów na blogu. Ale może jest już czas na to, aby zwrócić uwagę na wkład innych współtwórców tego bloga – bo tacy są. Zwykle do takiej sytuacji dochodzi gdy główna postać zaczyna przybierać na znaczeniu w swoich własnych oczach, bagatelizując wkład innych… Ale może teraz właśnie jest ten czas, aby sobie uświadomić kto wciąż fotografuje „Brygidę na krańcu świata” – wydobywając jej piękno na tle dziewiczej przyrody. Kto trzymając kierownicę „prze” dalej w nieznane , nie do końca bezpieczne, przy częstym lękowym sprzeciwie partnerki – tak by doświadczyć i pokazać niezakłóconą Pierwotna Wibrację dziewiczych lasów i gór w miejscach słabo dostępnych dla przeciętnego europejczyka. Właśnie taka jest geneza naszych podróży w tym wymiarze, bo będąc lepiej zaprzyjaźniony z dzikością lasu , pokazywałem jego magię Brygidzie, odkrywając przed nią czar nocy spędzonej w przyrodzie, a co za tym idzie urok tych pór, które aby ich doświadczyć i sfotografować trzeba pozostać na noc głęboko w dzikiej często lesistej przyrodzie. A na co jej psychika sobie dotychczas nie pozwalała.

Ten tekst to taka moja prywatna refleksja, bo tak się akurat składa że wielkość i ciężar lustrzanki powoduje niechęć brania jej do ręki przez Brygidę. Naturalnym jest że przepaść jakościowa fotografii wykonanych lustrzanką a kompaktem używanym przez moja partnerkę – powoduje sytuację w której częściej trafiają do publikacji fotografie z lustrzanki, a więc z mojej ręki, oglądacie zatem świat zawarty na blogu w dużej części moimi oczami (Brygidka je obrabia – jest w tym lepsza). Jest również sprawą oczywistą że wszystkie publikowane teksty przechodzą korektę stylistyczną, interpunkcyjną, do której całkowicie się zaangażowałem, czuwając nad gładkością wypowiedzi i uzgadniając sens niektórych fragmentów – tak byście Wy – czytelnicy mogli zatopić się bez zacięć w opisywaną przestrzeń. Poświęcam na nią wiele czasu, naturalnie stałem się więc wielbicielem twórczości Brygidy i jednocześnie jej krytykiem – zatem zachęcam i oddziaływuję pośrednio na jej sposób pisania, oraz zawarte treści,  w stronę tych najgłębszych wyznań z serca, tych odnoszących się do terapii, idących w stronę lekkości wypowiedzi oraz magii chwili, nastroju………..pomagam i wspieram swoją energią, gdy brakuje już jej własnych sił.

Czy zatem mam się czuć intruzem na blogu brygidaibartek?

 

abc

 

Naturalne jest zatem stwierdzenie że blog jest zapisem doświadczania przemiany wewnętrznej i zewnętrznej Pary Istnień, na tle piękna Matki Ziemi i jej naturalnej, unikalnej Boskiej Wibracji. Czując że inspirowany jest Mocą Światła – uważam go za dobro publiczne , a nie swoją własność prywatną. Cieszę się że mogę w ten sposób dzielić się czymś – co jest dla mnie ważne, bo tego dzielenia się w przeszłości mojego życia nie było wiele. Naturalne dla mnie jest również stwierdzenie, że blog powstawał przy udziale talentów, umiejętności, finansów, pasji z obu stron – co czym kto dysponował w danym czasie….tak by inni mogli skorzystać, inspirować się tym że droga życia może być połączeniem pasji i wzrastania duchowego.

Po przeczytaniu powyższego tekstu, czuję jaki ma wydźwięk, to skomlenie kojota o zaistnienie w „swojej własnej przestrzeni”. Ale może już czas, aby symbolika zwierząt mocy która pokazała mi się ostatnio w postaci np. dzikiego niedźwiedzia brunatnego – zaowocowała. Czas tylko pokaże czy „Niedźwiedzica” będzie w swoim rewirze tolerowała Dorosłego Samca, nawet jeżeli nie ma teraz godów……..

Tak, istnieję, jestem, doświadczam i rejestruję to za pomocą fotografii i filmów które są w części moim dziełem. Zmieniam się, i ta zmiana może nie do końca odpowiada Brygidzie (jest dla niej za wolna). O moich zmianach informuje poniższy filmik zamieszczony na youtubowskim kanale brygidaibartek.tv pod tytułem „Na drodze do prany – prolog” :

P.S. Obecnie przebywamy na niezwykle intensywnym warsztacie, polegającym na niemal już miesięcznym okresie, z którego co drugą dobę nie spożywa sie ani jedzenia ani picia. Oczywiste jest zatem że ruszyły procesy bardzo intensywnego i głębokiego oczyszczania z programów zapisanych na głębokich poziomach – szczególnie dotyczących  wczesnego dzieciństwa. Są powiązane z ciężkimi emocjami nienawiści, odrzucenia, które istniały w  rodzinach. Życzliwe osoby proszę o wsparcie energetyczne. Proszę również o to dla Brygidy. Bartek

Róbmy swoje – przesłanie Łovozjero

Róbmy swoje” – przesłanie Łovozjero 27-28 sierpnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są miejsca gdzie uwiązała się jakaś energia i trzeba tam wrócić, aby ją dopełnić.

W Lovozjero byliśmy 8,5 roku temu w styczniu 2008 roku, wtedy była to pierwsza nasza podróż na magiczną daleką północ, która ugościła nas 500 kilometrami wycieczek na skuterach śnieżnych do wiosek, do których nie prowadzą drogi, do ludzi, którzy głęboko zostali w naszym sercu. Szczególnie ciocia Luba, żyjąca samotnie w Iwanowce – 40 km od większej wioski Krasnoszczele, która latem dostępna jest helikopterem i może łódką, a zimą skuterem. Która sama oddalona jest 140 km od Lovozjero – inaczej mówiąc od drogi dostepnej dla auta, niezależnie co mamy na myśli . Z naszym przewodnikiem, który słuchał przestrzeni i wtapiał się w nią, z takim nienazwanym szamanem – Szaszą.

W samym Łowozjero mieszkaliśmy tydzień, gdy Szasza przygotowywał wyjazd i kompletował ekipę.

Takie stare śmieci. Taki nasz pierwszy czas „poza czasem” i przestrzenią, czas gdy zatapialiśmy się w ciszę, której wcześniej nie znaliśmy, gdzie słuchaliśmy dźwięków swojego ciała, gdzie tworzyliśmy wspólną przestrzeń z naturą.

Trzy dni z tego pobytu kiedyś daliśmy na bloga, tutaj one….. Zobaczcie jak wtedy pokazywało nam się Łovozjero

Półwysep Kola styczeń 2008 – notatki z zakurzonego pamiętnika część I

Półwysep Kola styczeń 2008 – notatki z zakurzonego pamiętnika cz.II

Półwysep Kola styczeń 2008 – notatki z zakurzonego pamiętnika cz.III

A jak teraz powitało nas Łovozjero???

Szaro, buro, czas się tutaj zatrzymał. Przez te lata tynki wielu budynków bardziej zaczęły się sypać, fakt w mieście (ma 3000 mieszkańców) pojawił się markecik Diksi – w budynku naszego hotelu (taka ala nasza Biedronka), bank, więcej sklepów, ale stało się jakieś bardziej szare i wymarłe niż kiedyś.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fakt wtedy była zima i śnieg, a teraz wjechaliśmy w deszczową jesienną burą pogodę, która na pewno wzmacniała to uczucie.

– Ja chcę iść do muzeum – powiedział Bartek gdy po emocjach w Apatytytach zdecydowaliśmy, że jedziemy do Łovozjero.

Po wielu dniach na przyrodzie, gdy wjechaliśmy do dużego miasta, szczególnie w piątek wieczorem, otarliśmy się o energie zmęczenia, lęku, agresji, energia była ciężka. A my zaczęliśmy z umysłu szukać nie wiedzieć czego, bo przecież ….Kirowsk – kurort z północnym ogrodem botanicznym, bo przecież ….góry Chibiny, bo przecież ….. a czy nawet z umysłu chcieliśmy to zobaczyć???

No może, ale nie tak super bardzo.

Więc po co pchać się w takie energie???

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uwalniam się od przymusu wjeżdżania w energie, które mi się nie podobają i powodują moje emocje

Pozwalam sobie wycofywać się z umysłowych planów

Idę za energią

I właśnie muzeum było tym krokiem.

Wstęp 25 rubli, muzeum pokazujące kulturę Saamów i ludzi zamieszkujących te tereny. Bardzo ładne. Jednak nie po to tak naprawdę nas tam zaproszono.

Zresztą byliśmy w nim 8,5 roku temu.

Teraz otrzymaliśmy dwie informacje

Po pierwsze urzekła nas wystawa zdjęć z półwyspu Rybaczyj, na morzu Barentsa. Patrzyliśmy  jak urzeczeni na nie. W sumie to drugie zaproszenie od półwyspu, gdyż dzień wcześniej w Kandalakszy spotkani Słowacy jadący również Landrynką – jechali właśnie na Rybaczyj i to trzeci raz z rzędu, gdyż zakochali się tamtym miejscu.

Zaproszenie niesamowite, podwójne, jednak jest jeden szkopuł teren wymaga przepustek.

Zdecydowanie po takim zaproszeniu dołożymy wszelkich starań, aby je uzyskać. Po doświadczeniach w Umbie, nie będziemy ryzykować wjazdu bez. Jedziemy więc w poniedziałek do Murmańska.

Czasami mam coś takiego, że względy formalne odrzucają mnie od zrobienia czegoś co chcę. Rezygnuje z czegoś bo nie chce mi się zmagać z energiami urzędów, które zresztą znam świetnie.

Jednak już czas nie pozwolić blokować marzeń tym, że czasem trzeba przejść przez jakieś mało przyjemne bagienko.

Uwalniam się od przymusu rezygnowania z marzeń, gdy trzeba zmierzyć się z urzędowymi formalnościami

Urzędowe formalności nie blokują moich marzeń.

Z odwagą stawiam czoło urzędowym energiom

Uwalniam się od poczucia wstydu, że tkwiłam w energiach urzędowych

Odpuszczam przeszłość, dziś jestem jaka jestem

Murmańsk kolejny nasz krok został właśnie wyznaczony.

A druga informacja, którą uzyskaliśmy w muzeum, niestety była bardzo nieprzyjemna. Nasz przewodnik Sasza zginął 2-3 lata temu wiosną na jeziorze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Człowiek, który znał przyrodę tak doskonale!

– Co się stało??? – pytaliśmy.

– Wiózł deski do swojego domku (tego w którym byliśmy) i złapał ich sztorm, a łódka zapewne przeładowana – odpowiedziały Panie z muzeum.

Smutno zrobiło nam się na duszy.

– Wiesz trzeba żyć na 100% – tak jak się marzy – powiedział w zadumie Bartek – „ Róbmy swoje” – to co kochamy robić – to w czym się spełniamy.

Sasza żył rozkraczony między światami. Kochał przyrodę i w niej czuł się rewelacyjnie. Nie lubił imprezować i pić alkoholu, uwielbiał wpadać w medytacje na przyrodzie. To była jego pasja.

Miał żonę, dzieci, kolegów….

Zona oczekiwała, że będzie z nią w domu w mieście, koledzy że będzie z nimi pił. Myślę, że jest to problem wielu mężczyzn w Rosji i nie tylko. Turyści też mu zachodzili za skórę – opowiadał jak po kilkudniowym pijaństwie z regularną utratą świadomości w jego domku nad jeziorem „Marne” mówili – Sasza ratuj – daj nam jakąś rybę – bo nam nie uwierzą żony że byliśmy na rybach…

A on…….. uciekał jak mógł na przyrodę. Chciał ja pokazywać innym, turystom, bardzo się cieszył z naszego nastawienia , bo zamiast imprezować woleliśmy pojechać dalej …po zamarzniętych taflach jezior i rzek…do Cioci Luby…nocując w rozklekotanej chałupce w głębi półwyspu Kolskiego…łowiąc ryby spod lodu…… jedząc potrawy przyrządzane przez niego na piecu….tak po prostu. Czuł i rozumiał przyrodę, choć wyposażony w nowoczesny fiński skuter śnieżny, pilarkę spalinową, wodoodporny nawigator Garmina….mówił że Ci co jeździli po tych przestrzeniach na GPS – już nie żyją…….trzeba znać te bagna, rzeki, jeziora, nigdy niezamarzające źródła – tak  aby w warunkach zamieci w temperaturach -30 stopni i więcej kiedy nawigacje nie odnajdują satelit, a baterie-akumulatory w nich wyczerpują się szybko – odnaleźć drogę powrotną.

Podczas tego już odległego w przeszłości pobytu ….nie mogliśmy uwierzyć jak opowiadano nam że dwa tygodnie przed naszym przyjazdem – zginął człowiek. Jechał na skuterze śnieżnym….wpadł w niezamarzające źródło….uszkodził pojazd i wpadł do wody….ślady wskazywały że próbował bezskutecznie rozpalić ognisko…..wracał pieszo mokry….zamarzł. Telefony komórkowe na tej dwieściekilometrowej przestrzeni nie działają do dziś. Bo tam nikogo nie ma….

Na przyrodzie czuł się świetnie, jednak miał poczucie winy, że nie jest z żoną, czuł się gorszy od kolegów – bo nie pił. I próbując wszystkim dogodzić nigdzie nie był na 100%.

Znając tak doskonale przyrodę po co płynął właśnie w sztorm ???

Uwalniam się od przymusu dogadzania wszystkim

Uwalniam się od przymusu życia jak inni oczekują

Żyję na 100% swoim życie

Bo przecież nikt nie przeżyje życia za nas. Ci którzy najbardziej wiedzą jak mamy żyć niech popatrzą na swoje życie i nim niech się zajmą.

Czy w godzinie śmierci również będą pouczać innych jak mają żyć???

I dlaczego wolą żyć życiem innych niż swoim???

Uwalniam się od przymusu pouczania innych jak mają żyć

Tak, tak żyjmy na 100% sobą i cieszmy się tym, że możemy podróżować i robić to co kochamy, bez przejmowania się tym, że partner ma inny sposób na życie. Śmierć Saszy pokazała nam, ile warte są kłótnie i czy warto się kłócić.

Uwalniam się od programu, że muszę mieć inny sposób na życie niż partner.

Tworzę z moim partnerem, mężem wspólną przestrzeń i cieszę się nią

Mam odwagę dążyć do tego, aby żyć na 100% tak jak chcę wykorzystując mój potencjał i moje talenty

Biorę pełną odpowiedzialność za moje życie

Tak święty spokój, kompromisy powodują, że zaczynamy umierać za życia. Obrazuje to również testament – przesłanie mojego ojca poniżej (jak ktoś może je potłumaczyć na języki, których jeszcze go nie ma – będziemy wdzięczni).

Taka silna lekcja do podążania swoją drogą.

W wielu terapiach jest takie ćwiczenie : „wiedząc że za miesiąc umrzesz co wtedy tak z serca byś zrobił”???

Przyznaj się do tego sam przed sobą i zacznij układać przestrzeń tak, abyś móc tak żyć.

Powodzenia i odwagi….

I poczuliśmy wdzięczność, radość z tego , że żyjemy razem w taki sposób jaki kochamy – podróżując przez takie miejsca które lubimy. Poszliśmy do obserwatorium – kiedyś tam była prawdziwa dymna banja. Niestety banjia się zniszczyła (bo w mieście odbudowali spaloną), ale przemiły pracujący tam Pan Ukrainiec, zaczął opowiadać swoją historię życia.

Posłuchajcie jej:

Gdy jako nastoletni chłopak usłyszał „zorza polarna”, „białe noce” – zapragnął zobaczyć co to jest. Zaraz po szkole trafił do wojska do Murmańska na 3 lata, a potem dostał pracę tutaj w obserwatorium zorzy polarnej uniwersytetu z Petersburga..

Pracuje tu już 29 lat i jest przeszczęśliwy.

Pokochał północ – jej klimat, jej wody, jeziora, lasy, jagody, grzyby, ryby, polarne dni i noce, zorze.

Sam już czeka kiedy będą dobrze widoczne na niebie (ok. października). Ożenił się tutaj i nawet nie chce mu się nigdzie dalej jeździć.

Ma 3 siostry na Krymie i rzadko je odwiedza – bo jak mówi – jak żyć na stepie? W piekącym słońcu ? W kolorach wielbłądzich?

– Jest Pan tu szczęśliwy? – zapytałam .

– A jak nie być, jak tu tak pięknie – powiedział z błyskiem w oku

Tu wszystko jest inne, nawet zorze przez 29 lat obserwowania wciąż urzekają swoim pięknem.

Uwalniam się od przymusu życia w klimacie który odpowiada większości

Żyję w miejscu, które odpowiada mi klimatycznie, przyrodniczo, energetycznie

Taka szybka odpowiedź na iście swoją drogą

Żyj w miejscu (i) lub podróżuj po miejscach które lubisz, które zapraszają Cię całym sobą. Daj intencję (nawet pragnienie) i idź za tym, nie słuchaj doradców, słuchaj tylko swego serca…

Gdzieś zahuczało w przestrzeni, gdy wieczorem zatrzymaliśmy się nad jeziorem (które zespoliło się z Saszą) koło miasteczka na nocleg.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

A wcześniej jeszcze na poczcie uwolniliśmy obietnicę daną niesamowitej cioci Lubie, że poślemy jej zdjęcia.

Tak, trwało to 8,5 roku, ale udało się tutaj i w poniedziałek paczuszka poleci helikopterem. Bo jak posłać coś komuś do kogo nie ma się adresu, nawet nazwiska.

Tutaj to było prostsze gdyż Pani naczelnik zadzwoniła do Krasnoszczele na pocztę i ustaliła dane Cioci Luby. Bardzo nas ucieszyło, że jest żywa.

Niesamowite jest to, że gdy byliśmy ponad miesiąc temu na archipelagu wysp Kuzowa, poznaliśmy kajakarza z Moskwy , który był u niej kajakiem 2 lata temu, zapoznał się z nią i wysłuchał opowieści o polakach którzy byli u niej 6 lat wcześniej zimą! Czyli o nas! Teraz przechodząc brzegiem zagaił z nami rozmowę…i tak przypadkiem się spotkaliśmy … Gdzie półwysep Kola , …gdzie Polska , …gdzie Moskwa, …gdzie archipelag Kuzowa. Między tymi miejscami są tysiące kilometrów……

świat jest mały

A ciocia Luba żyje jak już pisałam 40 km od wioski, do której można dostać się łódka, bądź skuterem – z kilkoma psami i chorym mężczyzną – na brzegu wyjątkowo nawet w skali świata zasobnej w ryby rzeki Panoj .

Zbiera maroszkę z niedźwiedziami (czyli ona na jednym wzgórzu a on na sąsiednim – i tak cały dzień – to była pierwsza osoba która powiedziała do nas – „niedźwiedzie to łagodne zwierzęta”), cieszy się kontaktem z przyrodą. Ryby łowi i je zjada, jednak mięsa innego już nie. Kiedyś była pielęgniarką w Krasnoszczele, teraz już na emeryturze (oddaje ją córkom – bo jej jest niepotrzebna). Przyroda ją karmi, ogrzewa, a gdy potrzebuje czegoś więcej wymienia dary przyrody na rzeczy materialne. Cieszy się wszystkim co ma. I ma poczucie niesamowitego dostatku.

Dzięki swojej pracy poznawałam najbogatszych ludzi w Polsce, jednak przy niej byli oni biedakami.

A dlaczego uważam, że żyjąca w małej chatce kobieta jest bogatsza od żyjących w pałacach?

Ona ma poczucie bogactwa w sobie i żadne zawieruchy życiowe go nie zburzą.

A Ci milionerzy – ile mają lęków ?

Bo gdy jest lęk – to nie ma dostatku.

Uwalniam się od przekonania, że bogactwo buduje się na lęku

Żyję w pełnym dostatku przepełniona nim cała sobą

Tak dziękujemy Ci ciocia Luba. Może kiedyś jeszcze się spotkamy, ale energii wiązać nie będziemy.

Do widzenia Łowozjero. Pożegnało nas pierwszym śniegiem na górach

15

Wszystkie osoby którym opowiadaliśmy i dawaliśmy nr telefonu do Saszy Kuzniecowa – przewodnika po półwyspie Kola – z przykrością zawiadamiamy że zginął podczas sztormu na jeziorze Łowoziero.

Zadbana wieś na końcu świata

Warzuga zadbadna wieś półwyspu Kola 21-23 sierpnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Patrzyłam na morze i na ametystową plażę – nie powiem, szczerze wcale nie chciało mi się jechać, jednak ciekawość doświadczania powodowała, że jakaś energia gnała dalej. Zresztą być tu i nie pojechać 40 km, aby zobaczyć wieś z monastyrem na końcu świata, wtopioną w las, bagna, nad brzegiem potężnej rzeki, którego korzenie sięgają XVI wieku.

No właśnie, takie umysłowe doświadczanie. Czasami denerwuję się na niego, gdyż ma całkiem inną energię niż to z przestrzeni. Ma w sobie więcej ciężkości i przede wszystkim niższe wibracje.

Uwalniam się od przymusu bycia non stop w wysokich zewnętrznych wibracjach

Tworzę własny świat wysoko wibracyjny

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A Bartek chciał tam jechać, bo miał ochotę na loda.

Warzuga powitała nas zadbanymi kolorowymi domkami, cerkwią praktycznie nową, kwiatkami w ogródkach. Takim innym światem rosyjskiej wsi. Przykładem na to, że można i to na końcu świata.

Trzeba tylko ludzi, którzy będą na tyle silni, aby nie integrować się zresztą w ich degeneracji i beznadziei (alkoholowej), tylko będą mieli odwagę tworzyć coś innego od pozostałych i to bez energii wstydu, tylko z wolą emanowania tą energią na innych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tutaj jest wręcz tak jakby ktoś dał przepis (ponoć tak jest w Norwegii) jak domki mają być pomalowane. Widać rękę gospodarza.

Uwalniam się od poczucia wstydu za tworzenie piękna wokół siebie

Z radością tworzę piękno emanując tym na innych.

Sama Warzuga położona przy ujściu rzeki ok. 15 km od morza na dwóch stronach szerokiej rzeki bez mostu (można przepłynąć łódką). Otoczona lasami, wzgórzami – jakby nimi otulona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolorowe zadbane domki z warzywnymi, kwiatowymi ogródkami i tunelikami, szkoła do 9 klasy, cerkiew, prąd, telefon. Do miasta Umby gdzie mieszka 5000 osób – 150 km, do Kandalakszy (miasteczko 50000) – 250 km. Teraz ciągną tu nawet asfalt (zostało jeszcze 70-80 km). Ale kiedyś dojazd był tylko łódką, nie było telewizorów, radia, ludzie zdani byli na swoje towarzystwo.

A myśli w takich przestrzeniach dużo szybciej się materializują niż w mieście. Dlatego osobom, które nie miały jasno określonych celów, wartości trudno żyje się w takich miejscach. Tutaj jest się blisko Boga, twórcy tej niesamowitej przyrody, której moc widać i czuć jej energię ( miasto działa bardziej w energiach ludzkich). Tu bowiem przeważa myślokształt Boga – bez zamykania go do kościołów, a w mieście myślokształt człowieka i trzeba tworzyć specjalne „miejsca boskie”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A Bóg daje nam wszystko co chcemy, co wyrażamy. Nie to co wyrażamy, że CHCEMY…CHCEMY, ale to co wyrażamy naszymi emocjami, jakie programy mamy w naszej podświadomości. To wszystko w takich miejscach dostajemy dużo szybciej.

Pozwalam sobie oczyścić podświadomość ze sprzecznych programów

Wyłączam kreację rzeczywistości na silnych emocjach złości itp.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To również taki przykład, że człowiek może żyć wszędzie – ma tę moc – jego ciało jeżeli nie wie (nie ma blokujących programów) jest w stanie dobrze zaaklimatyzować się do chłodu.

A co było z lodem Bartka???

Gdy przyjechaliśmy do wioski okazało się, że sklepik jest zamknięty – bo dziś niedziela.

– Od razu wiedziałem, że to chciwość – powiedział z emocjami Bartek.

– Po co to sabotowałeś? – zapytałam.

Odpowiedzią było napięcie, 40 km jazdy z pragnieniem loda, a tu …… zamknięty w niedzielę sklep.

Pokręciliśmy się po wioseczce i gdy za jakąś godzinkę już bardziej wypogodzeni wyjeżdżaliśmy – okazało się, że jest drugi sklep (nie przyszło nam do głowy, że dla 300 osób będzie kilka sklepów) otwarty i są lody.

Uwalniam się od wstydu za własne pragnienia

Uwalniam się od sabotowania własnych pragnień

Jak już coś chcę, to chcę na 100% z pełną odpowiedzialnością za to co chcę

Chcę bez poczucia winy, wstydu za to co chcę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak, tak od dziecka wmawia nam się co dobre, złe, jacy powinniśmy być, co jeść, jak spać, jak się uśmiechać, gdzie mieszkać ……. bo coś innego nie przystoi.

I gdy tak jak Bartek idzie w kierunku prany, wstydzi się tego że chce loda, bo system jaki przyjął mu tego zabrania.

A czy jest lepszy system niż my sami? Niż to czego tak naprawdę chcemy???

Uwalniam się od przymusu tego jaka powinnam być

Uwalniam się od oporowania tego jaka muszę być wg innych

Pozwalam sobie BYĆ taka jaka jestem, z radością bez względu czy to wchodzi w system czy nie.

No właśnie i……….. jedziemy dalej w dół rzeki Warzugi nad morze.

Między Karelią, a Murmanskiem

Między Karelią, a Murmańskim obwodem – województwem 11-14 sierpnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

23

 

3

 

Pożegnawszy naszą kochaną Warię – biełuszkę, jeszcze postaliśmy jakiś czas między jeziorami, aby potem ruszyć w nowe.

1

Czas pożegnać niesamowicie gościnną nam Karelię, republikę autonomiczną i udać się do obwodu murmańskiego. Można z naszej perspektywy powiedzieć, że są to województwa,  wielkości połowy czy 1/3 Polski z zaludnieniem poniżej 1 mln, większość skupiona w miastach, więc można nasycać się pięknem przyrody.

W Karelii jest to prostsze z uwagi na brak zon wojskowych, które są normą w obwodzie murmańskim. Szczególnie wybrzeże morza Barentsa.

Militarne znaczy zamknięte tzn, że choć jest droga na mapie to nie do końca można tam jechać.

Praktycznie to małe państwa, które tak jak w każdym dużym państwie mają zarówno prawo federalne jak i własne. Wyjazd poza kraj, obwód wiąże się z włączeniem roamingu w telefonie (obecnie firmy prześcigają się, aby ułatwić podróże po Rosji i jest to to stosunkowo tanie) , nawet inne oferty są w poszczególnych obwodach, są inne supermarkety itp

Karelia bardzo różni się od obwodu murmańskiego.

W obwodzie murmańskim domy bardziej zadbane, kosze na śmieci na ulicach (sprzęt nie do końca znany w Karelii), większa czystość, porządek i ludzie bardziej rozgarnięci – co powoduje, że bardziej przemieszczają się (co widać na drodze Murmańsk – Petersburg), więcej ich w lasach, nad jeziorami. Karelia za to jest bardziej dzika, pogubione jeziora, nieprzebyte lasy nawet w środku lata bez ludzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

2

20

Dwa światy zakotwiczone tak blisko siebie.

Energetycznie Karelia miększa, łagodniejsza, troszkę smutna, pogubiona, wystraszona. Obwód murmański silny, pewny siebie, ale za to bardziej napięty i agresywny.

To tylko czuć w miejscach zurbanizowanych, poza nimi jest przyroda ze swoją dziewiczą mocą. A tutaj na styku tych krajów praktycznie żadnej różnicy, tajga z grzybami większymi niż stopa, lasy z moim ukochanym dywanikowatym chrobotkiem. Jagody, jeziora i jeszcze ukochane morze Białe.

22

21

19

W Zielenoborskij lokujemy się na głównym placu obok urzędu miejskiego i szkoły – uzupełniamy internet. Nawet w pewnym momencie rozwieszamy sznurek (kupiłam na targu nowy ręczniczek i chciałam go uprać). Ludzie jadą, przechodzą, nikogo to nie dziwi. Ktoś stoi, suszy rzeczy bo tego potrzebuje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– Tak, nie ma u nas infrastruktury – często słyszymy w Rosji – czytaj kempingów, dużej ilości hoteli. No tak, ale gdyby były – ich właściciele na pewno wywieraliby naciski na władze, aby nie pozwalać na takie zachowania – jak spanie, pobyt poza nimi. A tak jak tu, gdy nikt nie ma w tym interesu, nikomu to nie przeszkadza, jest to dozwolone.

Spokojny z szacunkiem do okolicznego otoczenia postój, praktycznie wszędzie.

Tak szczerze powiedziawszy to wolę spać na przyrodzie, a w nie we większości rosyjskich miasteczek, bo trzeba mieć naprawdę pozytywne postrzeganie, aby uznać je za ładne.

Dlatego śpimy w nich tylko dla zasięgu internetu.

A w miejscowym sklepie odkrywamy nalewkę w maroszki na miodzie, ojjj ten cudowny smak niebo w gębie.

Potem po alkoholu wypijam w nocy litr czy więcej płynów, ale znajomy pełen wysokiej wibracji Olieszyna smak jest w tym momencie tego wart.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I kolejne lasy, którymi nie mogę się nasycić, chrobotek, grzyby – znane nam jak prawdziwki, kozaki i te mniej znane, jagódki.

18

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

16

Potem Kandalaksza jedno z bardziej sympatycznych miasteczek, gdzie uzupełniamy soki pomidorowe (nasz ulubiony – poza kompotem z borówek – napój), ziemniaczki, odkrywając jakiś bar zamawiamy wegetariańską pizzę na razowym cieście.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Siedzimy popijając soczek i czekamy na pizzę – z głośników leci agresywna muzyka, w każdym z 3 telewizorów inny film – wszystkie akcji, brutalne. Film, muzyka, wszystko agresywne.

Po 10 minutach stwierdzamy, że po co tu weszliśmy?

Potrzeba jakiś starych energii wejścia do knajpy.

Czy z tą pizzą, mamy zjeść tę agresję z telewizorów – zastanawiamy się.

Decydujemy się wziąć pizzę do najlepszej kawiarni, restauracji świata czyli naszej landrynki.

Dostajemy ją w pudełku przewiązanym czerwoną wstążeczką. Jest piękna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo często zauważamy w tej części Rosji, ze pizza traktowana jest tutaj jak tort. Tworzy się je piękne i sprzedaje zimne w hipermarkecie w pudełeczkach z kokardkami.

Świeże jedzenie w rosyjskich knajpach to niestety stary temat o którym zapewne pisaliśmy w czasie drogi na Syberię.

W Rosji lokale to: restauracja, kafe, stołowaja.

Kafe nie ma nic wspólnego z naszą kawiarnią, jest coś w rodzaju niższej jakości restauracji – taki bar. Tutaj jedzenie przygotowywane jest rano przez kucharki, a potem podgrzewane w mikrofali (łącznie z frytkami, pizzą, kotletami itp.). W kafe jest zazwyczaj piwo, czasem ciastka.

Stołowaja jak nasza stołówka tylko jedzenie jest przygotowywane na świeżo wcześniej, a potem odgrzewane. Najniższy poziom gastronomii, ale często można tam znaleźć coś fajnego i czasem nawet świeżego tzn teraz przygotowanego. 

Restauracja – tutaj jedzenie przygotowywane jest na świeżo. Najwyższy poziom.

W sumie dobrze, że niewiele jemy i nie musimy korzystać z tych przybytków, bo kuchnia rosyjska z rzadka jest dla nas smaczna, szczególnie w odmianie wegetariańskiej.

Pizza poza tym, że była ładna, mało nam smakowała i mieliśmy dużo radości z tego co robią stare pragnienia z człowieka.

Nawyki, które były kiedyś generują energię, która teraz już nam nie odpowiada.

Uwalniam się od nawyków jedzeniowych , które już mi nie służą, które zaniżają wibrację ciała

Wprowadzam w moje ciało energie, które powodują, że moje ciało podnosi swoje wibracje.

Miasta, miasteczka nawet najpiękniejsze szybko nam się nudzą, a w przyrodzie możemy trwać i być.

15

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I aby dalej sycić się morzem Białym i przyrodą skręciliśmy na wschód na jego północne wybrzeże, gdzie 250 km wzdłuż wybrzeża prowadzi droga do wioski, którą zamieszkuje 300 osób (a po drodze jest miasteczko 5000 mieszkańców i kilka przysiółków po kilkadziesiąt osób). Kochane morze zaprasza nas dalej.

Dziękujemy i na pierwszą noc „lądujemy” koło labiryntu.

Święto Louhi z patelniowym prezentem.

Louhi – święto miasta z patelniowym prezentem 4-6 sierpnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Louhi kolejne małe miasteczko na naszej drodze powitało nas informacją, że w najbliższą sobotę jest tutaj święto miasta.

– Dziś czwartek poczekajmy – powiedziałam do Bartka – może coś napiszemy o Kuzowa.

– Miasteczko położone wśród leśnych jezior, nasycimy się inną energią niż Kuzowa – dodałam.

Znaleźliśmy miejsce nad jeziorem około 2 km za miasteczkiem, niedaleko rybackich dacz i garaży . Typowe miejsce piknikowe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Poprzednicy zostawili troszkę śmieci, drzewo na ognisko, ale przede wszystkim grubą patelnię metalową do smażenia na ognisku.

Wielki dar wszechświata. Ojjj… potężny

Na Kuzowa rozkochaliśmy się w gotowaniu na ognisku, co jest „narodowym” sportem biwakujących Rosjan, tam pożyczono nam blaszankę do gotowania i patelnię. Jednak teraz byliśmy już bez nich. Chcieliśmy coś kupić, jednak albo były to duże kociołki 5 i więcej litrowe, albo aluminiowe (nie chcemy gotować w aluminium) , a tutaj prezent przestrzeni stalowa porządna patelnia na tyle głęboka, że można w niej i zupę ugotować. Do tego nasza płytka teflonowa patelnia jest tych samych rozmiarów i może służyć jako pokrywka (tak aby jedzenie nie przesiąkło dymem).

Rewelacja…

Wszechświat wiedział, że potrzebujemy naczynie do gotowania i zaprowadził nas w to miejsce. Była to najlepsza opcja jaką mogliśmy dostać.

Wdzięczność za dary wszechświata przepełnia moją duszę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Taka prosta rzecz, która daje tyle radości. Zaraz na patelni zrobiliśmy placuszki drożdżowe i grzyby, wyszły super.

Były solo, z grzybami, jagodami.

I grzyby rzecz jasna, bo las dalej karmi grzybami, borówkami.

Od borówek uginają się krzaczki, dlatego postanowiliśmy kupić plastikowe grabki do zbierania (dzierpce po naszemu) i ostrożnie, aby nie zniszczyć krzaczków zbieraliśmy boróweczki.

Uwaga: w Polsce zbieranie w ten sposób jest zabronione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tutaj reklamują się skupy płacące po ok. 100 rubli (6 zł) za kilogram borówek – jest ich pełno wszędzie (maroszka 500 rubli – 30 zł za kilogram w skupie).

I gdy krzaczki są oklejone owocami to zebranie kilograma, ostrożnie i bardzo spokojnie, bez zrywania liści zajmuje około 15 minut.

I tak znów minął nam kolejny dzień na obserwacji lasu, a może cieszeniem się kontaktem z nim. Takie wtapianie się jeden w drugiego. Nasycając się sobą nawzajem.

A samo święto troszkę nas znudziło. Były zespoły regionalne i w stylu rosyjskim i karelskim, do jedzenia szaszłyki (specjał rodem z Kaukazu za 10 zł. za 100 g), troszkę rękodzieła i jakieś zabawy dla dzieci.

Zresztą popatrzcie sami jak nam się święto pokazało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem miała być impreza dla młodzieży, jednak stwierdziliśmy, że to nie do końca nasze klimaty i pojechaliśmy na północ.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA