ruch na świeżym powietrzu

now browsing by category

 

Od wegetarianizmu w stronę frutarianizmu…

 

Od wegetarianizmu w stronę frutarianizmu…wywiad z moim ojcem Józefem.

 

 

Filmik przedstawia pewnego rodzaju posumowanie ponad 30-letniej podróży poprzez różne diety, która poczynając od wegetarianizmu potoczyła się w stronę frutarianizmu. Jest to rozmowa z moim ojcem – 83-latkiem, który do dziś zachował kondycję fizyczną i psychiczną polskiego przeciętnego 60-latka, tylko takiego bez konieczności zażywania lekarstw.

Przekonanego o zachowaniu zdrowia dzięki połączeniu odpowiedniej lekkiej ekologicznej diety, ruchu na świeżym powietrzu i przebywaniu w przyrodzie lasów i gór. Krzewiący wiedzę o ekologii – był bowiem pierwszym sadownikiem na Śląsku posiadającym certyfikat sadu ekologicznego.

Filmik przypomina również o tradycyjnej kilkusetletniej diecie polskiego chłopa, który ze względów ekonomicznych jadał mięso sporadycznie – a pomimo to jego siła, sprawność i zdrowie były na wysokim poziomie i nie wymagały interwencji lekarza nawet przez całe życie.

P.S.

Obserwując wzrastającą wrażliwość różnych osób pragnę zwrócić uwagę na wyjątkowość diety owocowej, jako najmniej kontrowersyjnej z ziemskich sposobów odżywiania. Bowiem nie chcąc krzywdzić , czy też zabierać innym roślinom, czy zwierzętom energię poprzez ich konsumpcję – pozostaje nam owoc, który jest tak naprawdę darem od drzewa które nie ponosi przy tym żadnego uszczerbku na swoim zdrowiu. Tak bowiem fizjologicznie zaprojektowane jest drzewo, które wręcz chce aby jakaś istota skonsumowała jego owoc wraz z nasionami i tym sposobem „rozsiała” je w pewnej odległości od niego.

(osobnym moralnym tematem są sady wysokotowarowe w których zmusza się drzewa pod groźbą śmierci do wysokiego corocznego plonowania – warto zatem zadbać o dostęp do takich „szczęśliwych”)

Bartek

Święto Louhi z patelniowym prezentem.

Louhi – święto miasta z patelniowym prezentem 4-6 sierpnia 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Louhi kolejne małe miasteczko na naszej drodze powitało nas informacją, że w najbliższą sobotę jest tutaj święto miasta.

– Dziś czwartek poczekajmy – powiedziałam do Bartka – może coś napiszemy o Kuzowa.

– Miasteczko położone wśród leśnych jezior, nasycimy się inną energią niż Kuzowa – dodałam.

Znaleźliśmy miejsce nad jeziorem około 2 km za miasteczkiem, niedaleko rybackich dacz i garaży . Typowe miejsce piknikowe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Poprzednicy zostawili troszkę śmieci, drzewo na ognisko, ale przede wszystkim grubą patelnię metalową do smażenia na ognisku.

Wielki dar wszechświata. Ojjj… potężny

Na Kuzowa rozkochaliśmy się w gotowaniu na ognisku, co jest „narodowym” sportem biwakujących Rosjan, tam pożyczono nam blaszankę do gotowania i patelnię. Jednak teraz byliśmy już bez nich. Chcieliśmy coś kupić, jednak albo były to duże kociołki 5 i więcej litrowe, albo aluminiowe (nie chcemy gotować w aluminium) , a tutaj prezent przestrzeni stalowa porządna patelnia na tyle głęboka, że można w niej i zupę ugotować. Do tego nasza płytka teflonowa patelnia jest tych samych rozmiarów i może służyć jako pokrywka (tak aby jedzenie nie przesiąkło dymem).

Rewelacja…

Wszechświat wiedział, że potrzebujemy naczynie do gotowania i zaprowadził nas w to miejsce. Była to najlepsza opcja jaką mogliśmy dostać.

Wdzięczność za dary wszechświata przepełnia moją duszę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Taka prosta rzecz, która daje tyle radości. Zaraz na patelni zrobiliśmy placuszki drożdżowe i grzyby, wyszły super.

Były solo, z grzybami, jagodami.

I grzyby rzecz jasna, bo las dalej karmi grzybami, borówkami.

Od borówek uginają się krzaczki, dlatego postanowiliśmy kupić plastikowe grabki do zbierania (dzierpce po naszemu) i ostrożnie, aby nie zniszczyć krzaczków zbieraliśmy boróweczki.

Uwaga: w Polsce zbieranie w ten sposób jest zabronione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tutaj reklamują się skupy płacące po ok. 100 rubli (6 zł) za kilogram borówek – jest ich pełno wszędzie (maroszka 500 rubli – 30 zł za kilogram w skupie).

I gdy krzaczki są oklejone owocami to zebranie kilograma, ostrożnie i bardzo spokojnie, bez zrywania liści zajmuje około 15 minut.

I tak znów minął nam kolejny dzień na obserwacji lasu, a może cieszeniem się kontaktem z nim. Takie wtapianie się jeden w drugiego. Nasycając się sobą nawzajem.

A samo święto troszkę nas znudziło. Były zespoły regionalne i w stylu rosyjskim i karelskim, do jedzenia szaszłyki (specjał rodem z Kaukazu za 10 zł. za 100 g), troszkę rękodzieła i jakieś zabawy dla dzieci.

Zresztą popatrzcie sami jak nam się święto pokazało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem miała być impreza dla młodzieży, jednak stwierdziliśmy, że to nie do końca nasze klimaty i pojechaliśmy na północ.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Joga festiwal w bliskości natury Łotwa

Joga Festiwal w bliskości natury na Łotwie 17 czerwca 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

A rzeka Gauja miała dla nas kolejne prezenty. Gdy jeszcze spaliśmy nad rzeką, o poranku powitał nas spacerującymi osobami ubranymi w hinduskie stroje.

– Czyżbyśmy przenieśli się w czasie do Indii??? – brzęczało w głowie.

– Wiesz, jak byliśmy w kociej kawiarni w Krymuldzie przy sanatorium widziałam informację o joga festiwalu w ten weekend, to zapewne to, w tym ośrodku 500 metrów od nas! – powiedziałam do Bartka.

– Gdy będziemy wracać zatrzymamy się tam i pooglądamy – powiedziałam spontanicznie.

– Jasne – odpowiedział Bartek.

Około 16-tej godziny podjechaliśmy pod ośrodek, notabene musieliśmy się zatrzymać, gdyż droga zagrodzona była taśmami (aby uczestnicy festiwalu nie wjeżdżali do wnętrza ośrodka, a zostawiali samochody na dużej polanie przed nim), przy samej drodze znajdowała się rejestracja. Już mieliśmy odjechać….ale…

– Idę popytać – powiedziałam do Bartka.

Przemiłe dziewczyny nie tylko wszystko poopowiadały, to jeszcze zaprosiły na najbliższe zajęcia pożyczając maty do ćwiczeń jogi.

Czego doświadczyliśmy w czasie naszego krótkiego pobytu na terenie festiwalu możecie zobaczyć na filmiku.

Dla mnie niesamowitym prezentem był chłopak prowadzący Yogę flow, który nie tylko robił wszystko każdą komórką swojego ciała, to jeszcze powiedział:

– Gdy Ty się zmienisz, zmieni się Twoje ciało.

Fakt potrzebna jest do tego intencja zmiany ciała, jednak zapewne większość ćwiczących jogę od razu przystępuje do jej ćwiczeń z takim nastawieniem.

Uwalniam się od przekonania, że moje ciało ma stałe blokady

Pozwalam sobie kształtować swoje ciało tak jak tego chcę

Zresztą powięź oplata nasze ciało, a w niej zapisane są programy dotyczące również wyglądu naszego ciała. To powięź trzyma nasze ciało w kupie i nadaje mu kształt . Dlatego prosty wniosek, że mamy wpływ na kształtowanie naszego ciała i kształtujemy go naszymi myślami, przekonaniami, również tymi odziedziczonymi po przodkach, a gdy zmieniamy myśli, przekonania, i co za tym idzie charakter – zmieniamy nasze ciało.

A wracając do festiwalu odbywał się w przepięknie położonym ośrodku wśród lasów, w bezpośrednim pobliżu rzeki Gauji która jest objęta ochroną parku narodowego. Nad stawem rozbite były dwa duże namioty, a uczestnicy mieli do dyspozycji duże pole namiotowe na terenie ośrodka wyposażonego w domki, drewnianą potężną wiatę i saunę z biesiedką (nad stawem do którego można było wskoczyć). W cenie nie było wyżywienia, każdy dbał o nie we własnym zakresie, a na miejscu była wegetariańska restauracja, gdzie można było kupić ciasteczka, koktajle kawę i zamówić obiad.

Wszystko wtopione w przyrodę, na dużej leśnej polanie wypełnionej głosami ptaków. W namiotach festiwalowych nie było podłóg, więc maty rozkładane były bezpośrednio na trawie, wielu uczestników mino przelotnego deszczu chodziło po trawie boso. Nie było tutaj żadnych luksusów, poza, a może przede wszystkim przyrodą i jej energią. I to super, bardzo nam się podobało.

Uwalniam się od przymusu doznawania luksusu przy ćwiczeniach

Pozwalam sobie cieszyć ruchem w przyrodzie niezależnie od tego czy jest słońce, deszcz, ciepło, mróz

Luksusowy był również program – czasem i trzy zajęcia w jednym czasie, wieczorem koncerty, jedną noc ognisko, drugą całonocna pudza gongowa (22 – 6 rano).

Organizatorzy zaprosili nas również na wieczorny koncert australijskiego zespołu.

Jednak nie wiedzieć czemu pojechaliśmy z tego miejsca zobaczyć rysie i pomyliliśmy godzinę koncertu myśląc, że jest 3 godziny później niż był. Odkrycie pomyłki spowodowało że już nie wróciliśmy ponownie na festiwal.

Bardzo nam się tam podobało: energia miejsca, ludzie …. dlaczego pomyliliśmy godziny???

Może chcielibyśmy zostać na kolejne dwa dni? No, ale co w tym złego. Cena za 3 dni 150 euro, za 2 – 120 euro, można było kupić poszczególne imprezy (np. ośmiogodzinne gongi za 20 euro).

A może jeszcze jakieś moje niechęci do jogi wzięły górę i mimo naprawdę pięknego zaproszenia coś zostało odrzucone podświadomie.

Uwalniam się od niechęci do jogi

Pozwalam sobie świadomie przyjrzeć podstawom, korzeniom tej niechęci i ją usunąć

Z radością ćwiczę jogę gdy mam na to ochotę

A może dostaliśmy to co mieliśmy dostać i wszechświat prowadząc nas ma dla nas kolejne prezenty.

Umysł lubi te zabawy w „dlaczego tak było” „co to spowodowało”

Skoro podjęliśmy decyzję wyjazdu cieszmy się dalszą drogą, a nie zajmujmy przeszłością. Ojjj… za dużo to było analizowania.

Uwalniam się od przymusu analizowania przeszłości

Z radością żyję w TERAZ

Dziękujemy tej pięknej przestrzeni za zaproszenie do wspólnego bycia, za te prezenty.

A na koniec ciekawostka w 2015 roku (teraz byliśmy w pierwszy dzień, gdy uczestnicy się dopiero zjeżdżali) uczestniczyło w festiwalu 350 osób, biorąc pod uwagę fakt, że Łotwa ma 2 mln mieszkańców, czyli 20 mniej razy niż Polska, to tak jakby w Polsce w takim festiwalu uczestniczyło 7000 osób.

Jeszcze raz dziękujemy przestrzeni i organizatorom za zaproszenie. Szczegółowy program na stronie www.jogasfestivals.lv

Deszczowe zaproszenie od placu Czerwonego

Moskwa 7 grudnia 2015


 

 

 

 

Tym razem omijamy Moskwę, zdecydowaliśmy zgodnie. Chciałoby się gdzieś spotkać ze znajomymi, przejść przez Plac Czerwony, jednak lepiej najbardziej zewnętrznym kolcem – ringiem jechać w kierunku Polski.

Moskwa jednak miała wobec nas swoje plany. Najpierw pokazywała nam kolejne markety w których szukaliśmy nie wiedząc czego. Robiło się coraz później i ruch malał.

– Gdzie jedziesz – zagadnęłam Bartka gdy nie skręcił na trzecie kolco.

-Wiesz pojedziemy drugim – odpowiedział – będziemy bliżej centrum – odpowiedział z tęsknotą w głosie.

– Może jak nie będzie korków to podjedziemy pod Plac Czerwony – powiedziałam tym razem ja z tęsknotą w głosie.

A dalej to działo się samo, tak jak zazwyczaj wtedy gdy, miejsce do którego się jedzie zaprasza i czeka. Kilkanaście kilometrów w kierunku placu przejechaliśmy bardzo szybko, by w ostateczności zaparkować 100 metrów od niego.

 

 

 

 

Lał praktycznie ulewny deszcz, ale my byliśmy przeszczęśliwi.

– Dziękuję, że dałeś inspiracje do zawitania tutaj – mówiłam już przemęczona, ale szczęśliwa…

Pozwalam sobie rozpoznawać to co daje mi szczęście, radość i podążać za tym.

Nie wiem co Plac Czerwony w sobie ma, dla mnie ma niesamowitą magię i radość spotkania, niezależnie od pory roku, dnia. Jestem w Moskwie 6 raz i każde spotkanie ma inny wymiar.

– Szkoda, że leje – powiedziałam do Bartka

– A byłaś kiedyś na tutaj w ulewnym deszczu? – zapytał świadomie.

Tak, tak, tak magia spotkania

Do tego jarmark, lodowisko – już zamknięte jest po godzinie 22 i piękna choinka udekorowana najbardziej znanymi rosyjskimi cukierkami i pocztówkami noworocznymi w wersji makro.

 

 

 

 

 

Uwielbiam te noworoczne rosyjskie karty pokazujące motywy zwierzęce, bajkowe – taka magię spotkania człowieka i przyrody.

I znowu gdzie budzi się retrospekcja z przeszłości, że kiedyś wstydziłam się przyznać, że te kartki mi się podobają, bo przecież trzeba było być najpierw poważnym, a potem wszystko co rosyjskie negować. Może dlatego mój ojciec nie miał odwagi pojechać nad Bajkał.

Nie raz zauważyłam, że gdy mówię coś dobrego o Rosji jestem postrzegana za komunistkę, rusofoba. W Polsce tylko mówienie źle o wschodzie jest dozwolone. Ja widzę dobre i złe. Odwrotnie jest z Niemcami – można mówić o nich tylko dobrze.

Taka paranoja.

 

 

 

Teraz nikomu nie muszę, nie chce udowadniać, że mi gdzieś dobrze i coś mi się podoba, wole cieszyć się jak dziecko Placem Czerwonym i tym magicznym spotkaniem…

Uwalniam się od przejmowania opinią ludzi wiecznie krytykujących i mających swoje zdanie jako jedyne właściwe.

Pozwalam im iść swoją drogą i ja też idę swoją drogą bez względu na opinie innych.

Cali szczęśliwi podziękowaliśmy za te gościnę i równie sprawnie wyjechaliśmy z Moskwy, znajdując nocleg późno w nocy przy drodze na parkingu.

 

 

 

 

Syberia pokryła się białym kwieciem Irkuck – Nowosibirsk

Bajkał irkuck omsk 10-14 listopada 2015

 

 


 

 

 

Do widzenia Bajkał, czas w nową rzeczywistość, jak rzeka Angara, która bierze swoje źródła z Bajkału, tak samo my ruszyliśmy w drogę na zachód – na początku wraz z biegiem Angary, która od samego swojego źródła pokazywała nam się bajecznie, w magicznej, świetlistej scenerii.

Dziękujemy za nowy początek, za nowe narodziny…….

 

 

 

 

Droga Listwanka-Irkuck bardziej rozmarznięta niż ostatnio i chyba mniej pofałdowana – może na noc ziemią tak bardziej faluje…

Irkuck z umysłu zaprosił nas do wegetariańskiej restauracji Govinda, prawie odbywała się w niej msza krysznowców. Jedzenie wyglądało ładnie, no ale w tle główny mebel – mikrofala. Bierzemy zupę z groszkiem za 170 rubli (12 zł) , buzę i czyburieca z nadzieniem z otrąb po 60 rubli ( 3,6 zł) za sztukę. Wszystko ląduje w mikrofali i tu nawet nie jest porządnie podgrzane. Wychodzimy zniesmaczeni. Dwie parówki sojowe kupione na wynos lądują dla psów w zaspie – śmierdzą.

Szukamy czegoś innego wzrok przykuwa pizzeria wyglądająca pięknie, a w środku już gotowe upieczone pizze, do podgrzania…… w mikrofali !!! Jakieś szaleństwo. Zresztą nie tylko tutaj, ale praktycznie we większej części syberyjskiej Rosji – co widzimy. Jedzenie jest gotowane rano łącznie z naleśnikami, pierożkami, frytkami, pizzą – a potem podgrzewane w mikrofali i sprzedawane przez cały dzień. Ceny nawet teraz po spadku kursu rubla – europejskie, a porcje są maleńkie, takie przedszkolne. Zupa to zazwyczaj 250-300 gram, sałatka 100 g, ziemniaki, kasze 150 gram. W barach dla tirowców fajnie wygląda deserowy talerzyk z troszką kaszy, ziemniaków, czy ryżu a na tym troszkę mięska, i malutka salaterka sałatki – cena takiego zestawu to ok. 10 zł. Dla nas to tak w sam raz – ale panowie kierowcy nie odbiegają posturą od polskich….

Wszystko jest ważone na oczach klienta.

 

 

 

 

Irkuck dał nam refleksje nad głodem. Ojjj…. tutaj w miastach w czasie wojny musiało być ciężko. Nawet chyba sobie nie zdajemy z tego sprawy. Jaką cenę ten naród zapłacił za wojnę, za to że wojował Hitler ze Stalinem. Powiecie mógł nie wojować????? Świat wtedy na pewno wyglądałby inaczej.

Jednak my mamy doświadczać tego świata który jest i rozświetlać swoich przodków i zaszłe sytuacje, aby nie miały na nas wpływu.

Uwalniam się od głodu wojny

Pozwalam sobie żyć w dostatku jedzenia

Do tego Irkuck miał w sobie jakąś agresję jazdy na ulicach, coś czego nawet nie pamiętamy z Moskwy. W większości jazda na lodzie, przepychanki na zatłoczonych drogach , co jakiś czas stłuczki… Dziwne miasto, z radością z niego wyjechaliśmy.

Następne…… większe miasto za……… 1000 km, po drodze przestrzenie przyrody… trochę wiosek… przestrzeń Syberii.

I tak zanurzyliśmy się w niej, 1000 km do Krasnojarska zajęło nam tylko 2 dni spokojnej jazdy. Droga była zazwyczaj dobra, tylko w rejonach górskich lekko oblodzona na przełęczach, widać że o nią dbają.

 

 

 

 

 

Pogoda zazwyczaj słoneczna, w dzień ok. minus 10, w nocy 20. Gdy nie było wiatru wydawało się, że jest się w raju. Suchy klimat powodował, że mróz był przyjemny. Do tego magia drogi przy której stały majestatycznie odśnieżone brzozy.

– Syberia pokryła się białym kwieciem – mówiłam radośnie zaopatrzona w piękno przestrzeni. Kraina zamarza, a może bogowie schodzą na ziemię, mówiąc:

– Teraz nastał nasz czas.

 

 

 

 

Czasami padał śnieg, może nie padał tylko drobniutko prószył i wtedy miało się wrażenie, że gwiezdny pył spada na ziemię, przynosząc informacje z odległych galaktyk.

Magia spotkania człowieka i przyrody, człowieka i Boga.

My też biegaliśmy boso po śniegu, radując się jak dzieci. Mnie trochę parzą nóżki od mrozu, mimo, że są ciepłe – ale o tym będzie kilka słów jak się temu bliżej przyjrzę.

 

 

 

 

Po drodze poznaliśmy mężczyznę z Władywostoku, który zabytkowym Gazem jechał……

…na Berlin.

Opowiadał, że jedzie już 9 raz tą drogą. Droga Moskwa-Władywostok to 9000 km ( dla porównania słynna amerykańska drogą ze wschodu na zachód ma 5600 km), a dalej….. opowiadał, że przejechał raz aż do wybrzeży Hiszpanii. Teraz też byliśmy pełni podziwu dla jego podróży, gdyż jego zabytkowy GAZ 67 nie miał ogrzewania kabiny ani szyb w drzwiach.

 

 

 

Krasnojarsk powitał bardzo uroczyście, jeszcze nie wyszliśmy z samochodu w centrum miasta, gdy dwójka mężczyzn podeszła do samochodu mówiąc po polsku „dzień dobry”.

Okazało się, że są katolickimi księżmi w tutejszym kościele, i właśnie wracają z podróżniczego spotkania. Poopowiadali nam o pięknie tutejszej przyrody, szczególnie Chakasji i Tuwy. Lubię w zimie na nartach przemierzać tajgę i spać w namiocie, szkoda że akurat nie planują wyjazdu, może by nas zabrali ze sobą…….

– Teraz od Krasnojarska to jest już super droga na zachód – zapewnili nas.

Może to zaproszenie z tych miejsc???? Chakasja już od paru dni do mnie gadała, jednak jazda po lodowych drogach na naszych wielosezonowych oponach, a do tego mrozy które już dochodzą do minus 30 w nocy. Powiem inaczej lęk wygrał z prowadzeniem.

Poszwędaliśmy się po knajpkach i sklepach miasta i znów wyjechaliśmy (tym razem otoczeni niezwykle spokojnymi, kulturalnymi kierowcami, przepuszczajacymi pieszych , mającymi czas i niemającymi klaksonów) na trasę tym razem troszkę krótszą – następne większe miasto tylko za……… 800 km – Nowosibirsk – stolica Syberii.

I znów drogą przez lasy brzozowe czasem obleczone białym kwieciem – czasem już nie albo jeszcze nie. Przy nawierzchni już praktycznie czarnej, suchej i rzadko pagórkowatej.

 

 

 

 

Magia syberyjskiej zimy z którą powoli się zaprzyjaźniamy – temperatury przestają robić na nas wrażenie. Fakt suchy klimat i odczuwalność jest całkiem inna. To tak jak w saunie suchej, wytrzymujemy 100 czy więcej stopni, a w mokrej 60 to już wyzwanie. Tak samo tutaj przy minus 20 bez wiatru wychodzę w nocy siku w samym sweterku.

Syberia zimową porą, bo tak szczerze powiedziawszy, czy Syberia kojarzy się Wam z latem??? Mnie z zimą i z jej magia. Gdzie w zamarzniętej ciszy każdy dźwięk nabiera innego wymiaru, gdzie świat zamarza, aby pozwolić na spotkanie z Bogiem.

 

 

 

 

Z wolna przemierzamy kolejne kilometry zatrzymując się na kawę w rozrzuconych co kilkadziesiąt zazwyczaj kilometrów barach z hotelami, saunami (tylko dla mężczyzn – tiry) , prysznicem, również na nich sypiamy w naszej landrynce, która grzeje nam swoim postojowym ogrzewaniem zapewniając względny komfort mimo dwudziestokilkastopniowych temperatur w minusie. Zatrzymujemy się tam po pierwsze dlatego, że w nocy w zaśnieżonej przyrodzie trudno szuka się miejsca na nocleg , a po drugie w razie problemu z odpaleniem autka pomoc jest blisko.

I tak dojechaliśmy do Nowosibirska